„Jak to mam wyjść?! Jestem jego matką! Mam pełne prawo wiedzieć, co mój syn zapisał w testamencie!” — krzyknęła oburzona teściowa, gdy notariusz kazał jej opuścić gabinet

Okrutne przeznaczenie bezlitośnie rozdarło jej życie.
Opowieści

— Pani Jadwigo Wieczorekówna, poproszę, aby opuściła pani gabinet — notariusz zatrzasnął teczkę z dokumentami i spojrzał na nią w sposób niepozostawiający wątpliwości, że decyzja zapadła. — Testament Marcina Ostrowskiego może zostać odczytany wyłącznie w obecności jego małżonki.

Teściowa znieruchomiała z ustami półotwartymi ze zdumienia. Renata Małeckiówna poderwała się z krzesła, lecz starsza kobieta była szybsza.

— Jak to mam wyjść?! Jestem jego matką! Mam pełne prawo wiedzieć, co mój syn zapisał w testamencie!

— Nie przysługuje pani takie prawo — odparł spokojnie notariusz, odwracając dokument w swoją stronę. — Proszę natychmiast opuścić pomieszczenie.

Ewelina Kaczmarekówna siedziała nieruchomo, z dłońmi splecionymi na kolanach. Jej wzrok uciekał ku oknu, za którym wisiał ciężki, ołowiany kwietniowy dzień. Minęło pół roku, odkąd Marcin nagle zasłabł w hali produkcyjnej pachnącej świeżym ciastem i wanilią. Zakrzep — tak powiedzieli lekarze. Śmierć przyszła błyskawicznie. Ewelina wciąż nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że już nigdy nie wróci do domu. A mimo to została tu przyciągnięta, bo teściowa i szwagierka nie zamierzały czekać ani chwili.

Drzwi trzasnęły tak mocno, że zadrżała szyba w ramie.

Notariusz rozciął kopertę.

— Agnieszka Walczakówna. Czy to nazwisko coś pani mówi?

Ewelina pokręciła głową. Nic jej to nie mówiło. Mężczyzna przyglądał jej się badawczo.

— Pański mąż rok temu sporządził nową wersję testamentu. Osiemdziesiąt procent udziałów w firmie oraz wszystkie oszczędności przekazał Agnieszce Walczakównie. Wskazał też dwoje małoletnich: Dawida Marciniaka i Zuzannę Białekównę. Pani przypadło mieszkanie oraz działka rekreacyjna. Pani teściowej i szwagierce — stare akcje, praktycznie bez wartości.

Słyszała zdania, lecz ich sens rozpływał się gdzieś w powietrzu. Agnieszka. Dwoje dzieci. To nie mieściło się w głowie. Marcin nie znikał na noce. Nie blokował telefonu. Nie dawał powodów do podejrzeń.

— Proszę o adres — odezwała się cicho.

Kartka z adresem prywatnego domu pod miastem wylądowała w jej dłoni. Schowała ją do kieszeni płaszcza.

Na korytarzu dopadły ją natychmiast.

— No i co?! — syknęła Renata. — Ile nam zostawił?

Ewelina minęła je bez słowa. Renata chwyciła ją za ramię i odwróciła gwałtownie.

— Odpowiadaj!

— Prawie nic — powiedziała spokojnie. — Wam przypadło prawie nic.

Nazajutrz zjawiły się w jej mieszkaniu. Jadwiga Wieczorekówna zajęła miejsce na kanapie jak sędzia przed ogłoszeniem wyroku. Obok niej Renata, a przy stole obcy mężczyzna w pogniecionej kurtce, który przedstawił się jako prawnik.

— Będziemy podważać testament — oznajmiła teściowa stanowczo. — Marcin nie był wtedy sobą. Ktoś nim manipulował. Jakaś kobieta wyciągnęła z niego pieniądze, a my mamy siedzieć bezczynnie?

Ewelina stała przy oknie, w milczeniu.

— Mam świadków — dodała Renata, wyciągając kartkę. — Sąsiad potwierdzi, że brat dziwnie się zachowywał w ostatnich miesiącach. Były piekarz zezna, że bywał agresywny, krzyczał na pracowników.

— Za odpowiednią kwotę każdy powie, co trzeba — odparła Ewelina, odwracając się w ich stronę.

— To bez znaczenia — Renata uniosła podbródek. — Liczy się, by sąd uznał testament za nieważny. Jesteś jego żoną. Powinnaś bronić jego dobrego imienia.

Ewelina spojrzała na teściową. Jadwiga siedziała wyprostowana, z chłodnym, twardym spojrzeniem, jakby już wydała wyrok i czekała tylko, aż zostanie wykonany.

Blaskot