Barbara – bo tak miała na imię kobieta w szlafroku – przykucnęła przy chłopcu i objęła go ramieniem.
– Spokojnie, Michałku. Zaraz wszystko się wyjaśni. Naprawdę, poradzimy sobie – mówiła cicho, jakby próbowała zagłuszyć narastającą panikę.
Katarzyna zacisnęła dłonie tak mocno, że pobielały jej knykcie. Było jej ich żal. Weszli w sytuację, której nie rozumieli. Nie mieli pojęcia, że przekraczają cudzą granicę. To nie oni zawinili. Winny był Konrad. Tylko kim on właściwie się okazał? Naciągaczem? Sprytnym kombinatorom? A może po prostu człowiekiem, który uznał, że może zarobić na jej mieszkaniu bez słowa uprzedzenia.
Przeszła do łazienki. Jej miękkie, jasne ręczniki zniknęły – na wieszakach wisiały obce, wyblakłe i szorstkie. Z półek zniknęły jej kosmetyki: kremy, balsamy, ulubiony peeling. W rogu stał plastikowy nocnik. Na pralce leżała para męskich skarpet. Każdy szczegół wbijał się w nią jak szpilka.
Wyjęła telefon i wybrała numer dzielnicowego. Z tym chłopakiem, Piotrem, nie było sensu się spierać – sprawę trzeba było załatwić zgodnie z prawem.
Po niespełna godzinie policjant pojawił się w mieszkaniu. Młody, z podkrążonymi oczami, notatnik trzymał w dłoni jak tarczę. Wysłuchał najpierw Katarzyny, potem lokatorów. Obejrzał umowę, na której jako wynajmujący widniał „Konrad Sobolewski” – jej mąż.
– Ma pani dokument potwierdzający własność? – zwrócił się do Katarzyny.
Skinęła głową. Z nierozpakowanej jeszcze torby wyjęła teczkę. Akt własności, aktualny odpis z księgi wieczystej, potwierdzenia opłat podatkowych – wszystko wystawione na jej nazwisko.
Policjant westchnął.
– Sytuacja jest niekomfortowa – powiedział, patrząc na Piotra i Barbarę. – Ale wprowadzili się państwo bez zgody właścicielki. Osoba, która podpisała z państwem umowę, nie miała prawa dysponować lokalem. Musicie go opuścić.
– Zapłaciliśmy! – wybuchnął Piotr. – Dwadzieścia pięć tysięcy czynszu i pięć tysięcy kaucji. Mamy potwierdzenie przelewu!
– Roszczenia proszę kierować do osoby, która przyjęła pieniądze – odpowiedział spokojnie funkcjonariusz. – Możecie zgłosić zawiadomienie o oszustwie albo wystąpić do sądu. Jednak przebywanie tutaj bez zgody właścicielki jest bezprawne.
– Bezprawne? – Piotr podniósł głos. – Spisaliśmy umowę! Sprawdziłem jego dowód!
– Umowa zawarta z kimś, kto nie jest właścicielem ani nie posiada pełnomocnictwa, nie wywołuje skutków prawnych – odparł policjant rzeczowo. – To nieważna czynność.
Barbara rozpłakała się bezradnie. Michał wtulił się w jej kolana i również zaczął szlochać.
– Dokąd my pójdziemy? – łkała kobieta. – Przyjechaliśmy z małej miejscowości, Piotr miał tu pracę… Nie mamy nikogo w mieście.
Katarzyna poczuła ucisk w piersi. Nie chciała wyrzucać ich na bruk. Ale nie mogła też zgodzić się na to, by w jej własnym domu była tylko gościem.
– Jak pani ma na imię? – zapytała łagodniej.
– Barbara. Barbara Nowicka.
– Pani Barbaro, dam państwu trzy dni – powiedziała, choć jej głos zabrzmiał twardo, niemal obco. – To więcej, niż wymaga prawo. Nie chcę, żeby dziecko spało na dworcu.
Policjant spojrzał na nią z uznaniem, lecz milczał.
Piotr otworzył usta, jakby chciał protestować, ale Barbara ścisnęła jego rękę i coś mu wyszeptała do ucha.
Katarzyna podpisała sporządzone odręcznie oświadczenie, przekazała funkcjonariuszowi kopie dokumentów i wyszła na klatkę schodową. Oparła się plecami o zimną ścianę, próbując uspokoić oddech.
Telefon zawibrował. Wreszcie Konrad.
– Katarzyno, nie rób z tego dramatu – zaczął tonem udawanej skruchy.
– Gdzie jesteś? – zapytała chłodno.
– W delegacji. Wysłali mnie nagle.
– Przestań kłamać. Dzwoniłam do twojej firmy. Nigdzie cię nie wysłali.
Zapadła cisza, ciężka i wymowna.
– Mogę wszystko wyjaśnić – odezwał się w końcu. – Mamy kłopoty finansowe. Chciałem coś z tym zrobić. Wziąłem sprawy w swoje ręce.
– Wziąć sprawy w swoje ręce to znaczy wynieść śmieci albo zapłacić rachunek – syknęła. – A wynajmować cudzą nieruchomość bez zgody właściciela to przestępstwo.
– Jakie przestępstwo? – obruszył się. – Przecież mieli płacić. Podreperowalibyśmy budżet.
– Podreperować budżet moim mieszkaniem? Bez pytania mnie o zdanie? – głos jej drżał. – Założyłeś zamek do mojej sypialni. Odebrałeś mi klucze. W moim własnym domu.
– Spotkajmy się i porozmawiajmy spokojnie.
– Rozmawiamy teraz. Powiedz, gdzie są klucze do mieszkania. Do sypialni. Do kłódki, którą zamontowałeś.
– Mam je przy sobie.
– Wracasz i otwierasz. Jeśli nie, wezwę ślusarza i każę wyważyć drzwi. A potem nie przekroczysz już tego progu.
Znów milczał. Słyszała w słuchawce jego przyspieszony oddech.
– Nie możesz tak po prostu mnie wyrzucić. Jesteśmy małżeństwem.
– Mogę – odpowiedziała i rozłączyła się.
Zeszła przed blok i usiadła na ławce przy wejściu. Spojrzała w górę. W jej mieszkaniu świeciło się światło – w salonie i w kuchni. Obcy ludzie krzątali się po jej przestrzeni, siadali przy jej stole, korzystali z jej rzeczy.
Osiem lat temu z dumą pokazywała to miejsce Konradowi. Wspólnie wybierali farbę do ścian, kanapę, zasłony. Mówił wtedy: „Tu będzie nasz azyl”. Wierzyła w każde jego słowo.
Teraz siedziała na zimnej ławce, jak ktoś nieproszony, odsunięta od własnego życia. Nie wyrzucona – poprawiła się w myślach. Wyszła sama, żeby nie powiedzieć o jedno zdanie za dużo i nie rozpętać awantury przy dziecku.
