„Ja tu mieszkam” — powiedziała Katarzyna, gdy obcy lokatorzy odmówili wyjścia z jej mieszkania

Brutalna niesprawiedliwość rozjechała jej spokój.
Opowieści

– Przepraszam, do kogo pani przyszła? – zapytała tęga kobieta w wyblakłym szlafroku, wychylając się niepewnie z przedpokoju.

Katarzyna znieruchomiała w progu własnego mieszkania. W dłoni ściskała ciężką walizkę na kółkach. Klucz bez trudu przekręcił się w zamku, drzwi ustąpiły tak jak zawsze, lecz zamiast znajomej woni – mieszanki kawy, świeżych kwiatów i jej perfum – uderzył ją obcy zapach, duszny i nieprzyjemny.

– Do siebie – odpowiedziała cicho, czując, jak ogarnia ją zawrót głowy. – Ja tu mieszkam.

Kobieta, około pięćdziesiątki, z wałkami na głowie i wystraszonym spojrzeniem, cofnęła się o krok, jakby zobaczyła zjawę.

– Jak to do siebie? – wyjąkała. – My wynajmujemy to mieszkanie od właściciela. Mamy umowę, potwierdzenia przelewów…

Katarzyna weszła do środka. Walizka głucho stuknęła o podłogę. Rozejrzała się po korytarzu, rejestrując każdą zmianę z bolesną dokładnością. Na wieszakach wisiały cudze kurtki. Przy ścianie stały męskie buty sportowe i małe sandały. Z kuchni dobiegał brzęk naczyń i przytłumione głosy.

– Mamo, kto przyszedł? – Do przedpokoju zajrzał mężczyzna około trzydziestki, w rozciągniętym T-shircie i dresowych spodniach. Gdy zobaczył Katarzynę, zesztywniał. – A pani to kto?

– Piotr! – zawołała kobieta w szlafroku. – Ona twierdzi, że tu mieszka!

Katarzyna minęła ich bez słowa i zajrzała do salonu. Na dywanie, obok jej ukochanej kanapy, którą kupowała miesiącami, siedział kilkuletni chłopiec i budował coś z klocków. Telewizor grał na cały regulator. Na stoliku kawowym, gdzie zwykle leżały jej albumy i książki, stały plastikowe talerze z resztkami jedzenia i kubki z wystającymi torebkami herbaty.

– Proszę wszystkich wyjść – powiedziała spokojnie, choć w środku aż się w niej gotowało.

– Nigdzie się nie ruszamy – odparł Piotr, krzyżując ramiona. – Zapłaciliśmy za miesiąc z góry. Mamy podpisaną umowę. Kim pani właściwie jest?

Strach z twarzy kobiety zniknął, zastąpiła go czujność.

– Wynajmujemy od Konrada Nowickiego – oznajmiła stanowczo. – Spisaliśmy dane z dowodu, mamy pokwitowanie. Jeśli ma pani jakieś pretensje, proszę je kierować do niego.

Konrad. Katarzyna zamknęła oczy, walcząc z falą mdłości. Konrad – jej mąż. Osiem lat wspólnego życia. To jemu zostawiła klucze, gdy wyjeżdżała na trzytygodniową delegację. Obiecywał podlewać kwiaty i doglądać mieszkania.

– Oni naprawdę tu mieszkają? – zapytała cicho, bardziej siebie niż kogokolwiek.

– Od trzech tygodni – odpowiedział Piotr. – Wprowadziliśmy się dziewiątego. Niczego nie ruszaliśmy, wszystko, co właściciela, zostało. Podpisaliśmy nawet, że odpowiadamy za wyposażenie.

Katarzyna spojrzała w stronę sypialni. Drzwi były zamknięte, a na klamce wisiała kłódka.

– A to? – wskazała na nią.

– Pan Konrad mówił, że trzyma tam prywatne rzeczy – wzruszył ramionami Piotr. – Zakazał otwierać. Klucz zabrał ze sobą.

Właściciel. W jej gardle pojawił się gorzki śmiech. To ona była właścicielką – dwupokojowego mieszkania w centrum, odziedziczonego po babci, która całe życie odkładała pieniądze na jego zakup. To Katarzyna załatwiała formalności, opłacała podatki, remontowała wnętrze. A teraz jakiś „pan Konrad” rozporządzał nim jak swoim.

Wyjęła telefon. Połączenie – jedno, drugie, piąte – pozostało bez odpowiedzi. Wysłała wiadomość: „Wróciłam. W moim mieszkaniu są obcy ludzie. Czekam na wyjaśnienia.” Wiadomość zniknęła w eterze.

– Proszę mnie posłuchać – zwróciła się do kobiety w szlafroku, starając się mówić rzeczowo. – Nazywam się Katarzyna. To mieszkanie jest moją własnością. Nikomu go nie wynajmowałam. Osoba, z którą podpisali państwo umowę, to mój mąż. Nie miał prawa tego zrobić.

Kobieta zbladła. Piotr przeciwnie – poczerwieniał i zrobił krok w jej stronę.

– To wasze sprawy rodzinne – warknął. – My zapłaciliśmy dwadzieścia pięć tysięcy złotych plus kaucję. Nie mamy dokąd iść.

– Mają państwo dwie godziny na spakowanie się – odparła chłodno Katarzyna. – W przeciwnym razie wezwę policję.

– Chyba pani żartuje…

– Piotr, przestań – szepnęła kobieta, chwytając go za rękaw. – Zadzwoń do pana Konrada, niech to wyjaśni.

Ale Konrad milczał. Nie odbierał, nie oddzwaniał. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Katarzyna spróbowała dodzwonić się do jego matki, siostry, znajomego z pracy. Wszyscy twierdzili, że wyjechał w pilnej sprawie służbowej.

Delegacja. Parsknęła gorzkim śmiechem. To ona pracowała w dużej firmie i regularnie wyjeżdżała służbowo. On miał pół etatu w podrzędnym biurze i przynosił do domu grosze. Przez lata to ona utrzymywała ich wspólne życie. Mieszkanie było jej. Samochód – na kredyt, który spłacała wyłącznie ona. Nawet wakacje finansowała z własnych pieniędzy.

– Zaczynają się państwo pakować czy mam wybrać numer alarmowy? – zapytała, wchodząc do kuchni. Na stole, gdzie zwykle stały jej fiołki, pysznił się trzylitrowy słój ogórków kiszonych i brudna patelnia.

Chłopiec w salonie przestał układać klocki i spojrzał na nią przestraszonym wzrokiem spod daszka czapki.

– Mamo, wyprowadzamy się? – zapytał cienkim głosem.

Kobieta w szlafroku – najpewniej jego babcia – przyciągnęła go do siebie i spojrzała na Katarzynę z mieszaniną lęku, bezradności i cichej nadziei, że ktoś wreszcie powie, co tak naprawdę się tu dzieje.

Blaskot