Artur jeszcze coś mruknął pod nosem i zniknął za drzwiami.
Wieczorem, gdy Patryk wreszcie zasnął, Milena nastawiła wodę na herbatę, otworzyła laptop i zalogowała się do bankowości elektronicznej. Nie czuła ostrego bólu — raczej lepki niesmak. Taki, jaki zostaje po rozmowie, w której ktoś wreszcie mówi prawdę prosto w oczy: jesteś wygodna. Nie kochana, nie szanowana — tylko praktyczna.
— Dobrze, Arturku — powiedziała półgłosem do pustej kuchni. — Skoro osobno, to naprawdę osobno.
Najpierw wyłączyła stałe zlecenie na jego kredyt samochodowy. Auto od początku było zapisane na niego, a mimo to od niemal dwóch lat rata znikała z jej konta. Bo Arturowi raz przesunęli premię, raz zablokowali kartę, a kiedy indziej rzucał niedbale: „Mila, pożycz na chwilę, oddam przy wypłacie”. Potem skasowała automatyczne doładowania jego telefonu. Na końcu zrezygnowała z opłacania domowego internetu — umowa również widniała na jego nazwisku. Do pracy wystarczał jej pakiet w komórce, a bajki dla dziecka można było pobrać wcześniej.
Kilka dni później Artur wszedł do mieszkania z miną człowieka, który uparcie udaje, że nie czuje zapachu pieczonego kurczaka.
— Co jest z internetem? — zawołał z pokoju. — Nic się nie ładuje!
— Nie mam pojęcia — odparła spokojnie, nawet się nie odwracając. — Może odcięli za brak wpłaty.
— Jak to brak wpłaty? Przecież ty zwykle płacisz.
— Zwykle tak. Teraz już nie. Umowa jest na ciebie, internet twój, budżet rozdzielony. Czy w waszym nowym porządku świata sieć to luksus?
Stanął w drzwiach kuchni, czerwony ze złości.
— Robisz to specjalnie?
— Specjalnie byłoby wtedy, gdybym odłączyła jeszcze prąd. To po prostu konsekwencja.
— Zachowujesz się jak małostkowa baba.
— A ty jak ktoś, kto uwielbia słowo „sprawiedliwość”, dopóki rachunek nie trafia w jego ręce.
Złapał klucze i wyszedł. Tym razem bez teatralnego trzaskania drzwiami — najwyraźniej nawet demonstracje wymagają energii.
Po dwóch dniach zadzwoniła Elżbieta Zającówna.
— Milena, co to za przedstawienie? — jej głos drżał z oburzenia. — Z banku wydzwaniają do Artura. Ma zaległość za samochód. Ty w ogóle myślisz?
— Myślę. I to wyjątkowo trzeźwo.
— Nie pyskuj. Jesteś jego żoną czy kim? On ma stresującą pracę, dochody raz są, raz ich nie ma, a ty urządzasz mu publiczną egzekucję.
— „Chłopiec” ma trzydzieści sześć lat, kredyt, brzuch i przyzwyczajenie, że ktoś inny reguluje jego rachunki. I darujmy sobie teatr. To przecież pani uczyła go, że każdy odpowiada za siebie.
— Uczyłam go, żeby nie pozwalał się wykorzystywać!
— Wspaniale. Właśnie przestał. Od teraz sam pokrywa swoje zobowiązania.
— Co ty wygadujesz? Rodzina to zupełnie coś innego!
— Doprawdy? A kiedy tłumaczyła mu pani, że jest rozrzutny i trzeba rozdzielić budżet, rodzina to nie było coś innego?
