…i z Weroniką możesz zacząć relację z czystą kartą.
Katarzyna Dudekówna usiadła naprzeciwko męża i oparła dłonie na blacie.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej niezwykłe? — powiedziała cicho. — Wcale nie czuję złości. Naprawdę. Jeśli już, to raczej wdzięczność.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Wdzięczność?
— Dzięki tobie zrozumiałam, że mam w sobie znacznie więcej siły, niż przypuszczałam.
— I co zamierzasz teraz zrobić?
— Żyć. Tutaj. W swoim mieszkaniu. — Podkreśliła ostatnie słowa spokojnie, lecz stanowczo. — Może wreszcie zajmę się tym, o czym marzyłam od lat, ale zawsze brakowało mi odwagi. Teraz będę miała czas dla siebie.
— A Jakub? — zapytał, próbując znaleźć punkt zaczepienia.
— Jakub ma dwadzieścia jeden lat. Jest dorosły. Myślę, że sam potrafi ocenić, które z nas zachowało się uczciwie.
Marek Zając poderwał się i przeszedł kilka kroków po kuchni, jakby szukał właściwych słów.
— Katarzyno… może dałoby się to jakoś uregulować? Mogę wypłacić ci rekompensatę…
Uniósł brwi, jakby właśnie zaproponował rozsądne rozwiązanie.
— Za co dokładnie? — zdziwiła się szczerze.
— No… za mieszkanie. Za wspólne lata.
Uśmiechnęła się lekko.
— Chcesz wykupić ode mnie własny dach nad głową, żeby wprowadzić tu swoją kochankę?
— Nie przesadzaj…
— A jak inaczej to nazwać? Oferujesz pieniądze w zamian za to, żebym sama zrobiła z siebie bezdomną?
Roześmiała się krótko, bez cienia goryczy.
— Wiesz, kilka lat temu pewnie bym się zgodziła. Z litości. Tłumaczyłabym cię przed samą sobą: „Nie jest zły, po prostu się zakochał”. Spakowałabym walizki, pojechała do siostry i jeszcze przepraszała, że nie umiałam cię przy sobie zatrzymać.
Wstała i podeszła do okna.
— Teraz widzę to wyraźnie. Uznałeś, że jestem wygodna. Cicha. Że wszystko zniosę, byle tylko utrzymać pozory.
Odwróciła się.
— I wiesz co? Pomyliłeś się.
— Czyli nie zamierzasz się wyprowadzić?
— Nie. To ty wyjdziesz. Dzisiaj. Zabierzesz wyłącznie swoje rzeczy.
— A jeśli odmówię?
Spojrzała na niego spokojnie, niemal łagodnie. W jej oczach nie było już wahania — tylko pewność kogoś, kto wreszcie stanął po swojej stronie.
— W takim razie jutro Weronika Zawadzkiówna dowie się, że jej ukochany wcale nie jest wolnym mężczyzną, lecz nadal mężem. I że miał bardzo konkretny plan dotyczący tego mieszkania. Myślisz, że spodoba jej się taka wersja wydarzeń?
Zamilkł.
— Masz godzinę — dodała rzeczowo. — O siedemnastej przychodzą moje przyjaciółki. Nie chciałabym, żeby oglądały finał naszego domowego spektaklu.
Sięgnęła po spryskiwacz stojący na parapecie i zaczęła delikatnie zraszać liście kwiatów.
W mieszkaniu zapadła cisza. Słychać było jedynie ciche syczenie wody i skrzypienie podłogi pod krokami mężczyzny pakującego swoje rzeczy.
Katarzyna uśmiechnęła się do ulubionej fiołkowej doniczki.
Prawdziwe życie zaczynało się właśnie teraz.
