„To rodzina” — Tomasz odparł, nie odrywając wzroku od gazety i wpuszczając krewnych do mieszkania

Tolerowana, upokarzająca rodzina skradła jej spokój.
Opowieści

Katarzyna Witkowskiówna już od świtu przeczuwała, że czeka ją wyczerpujące popołudnie. Tomasz Zając od rana krążył po mieszkaniu, przestawiał krzesła, zaglądał do szafek i liczył talerze, jakby spodziewał się co najmniej wesela. Jego krewni nigdy nie przychodzili pojedynczo — zawsze zjawiali się zwartą grupą: siostra Justyna Borkowskiówna z mężem Robertem Zawadzkim, ciotka Agnieszka Pawłowskiówna oraz kuzyn Igor Kaczmarek z żoną. I za każdym razem Katarzyna miała wrażenie, że we własnych czterech ścianach jest jedynie tolerowanym dodatkiem, kimś na chwilę dopuszczonym do cudzej przestrzeni.

— Może tym razem zrobimy wyjątek? — zaproponowała ostrożnie, krojąc warzywa na sałatkę. — Spędźmy ten dzień tylko we dwoje… spokojnie, bez zamieszania.

Tomasz nawet nie oderwał wzroku od gazety.
— Kasiu, co ty wygadujesz? Przecież zawsze świętujemy razem. To rodzina.

„Rodzina” — powtórzyła w myślach z goryczą. Dla niego to było oczywiste. Dla niej — grono ludzi, którzy traktowali jej mieszkanie jak wspólną własność, zaglądali do lodówki bez pytania i oczekiwali, że będzie ich obsługiwać.

O czternastej rozległ się dzwonek. Justyna wpadła pierwsza, jak huragan — głośna, pewna siebie, z włosami farbowanymi na zbyt jasny blond i tonem, który zawsze brzmiał jak wyrzut. Od progu rzuciła się do lodówki.

— Tomek! — cmoknęła brata w policzek i natychmiast otworzyła drzwi chłodziarki. — A czemu tu tak pusto? Kasiu, gdzie deser? Myślałam, że przygotujesz coś wyjątkowego.

— Ciasto jest w pudełku na stole — odparła Katarzyna spokojnie, nakładając sałatkę do miseczek.

— Kupne? — Justyna skrzywiła się demonstracyjnie. — No wiesz… mając dwie ręce, można się było trochę bardziej postarać.

Chwilę później wszedł Robert — niski, z cofającą się linią włosów i miną wiecznego malkontenta. Bez słowa przeszedł do salonu, omiótł spojrzeniem meble i opadł na kanapę.

— Tomek, kiedy wymienicie tę sofę? — zawołał. — Zapadła się jak stare łóżko polowe. Siedzieć się nie da.

Na końcu pojawiła się Agnieszka Pawłowskiówna — szczupła, o ostrych rysach i jeszcze ostrzejszym języku. Wkroczyła z miną inspektora porządku.

— Kochana Kasiu — zaczęła, lustrując kuchnię — zlew mógłby się bardziej błyszczeć. A ręczniki jakieś poszarzałe. Dom to wizytówka kobiety.

Katarzyna zacisnęła dłonie tak mocno, że aż pobielały jej knykcie, lecz nie odpowiedziała ani słowem. Tomasz podszedł i położył jej rękę na ramieniu w geście, który miał być wsparciem, a wywołał tylko dodatkowe napięcie.

— Mamo, ciociu Agnieszko, chodźcie do stołu — powiedział pojednawczo. — Katarzyna naprawdę się napracowała.

Gdy wszyscy zasiedli, rozpoczęło się to, co w myślach nazywała „rodzinną oceną”. Justyna spróbowała sałatki i natychmiast zmarszczyła nos.

— Jakaś taka mdła. Kasiu, nie żałuj soli — mężczyźni wolą wyraziste smaki. I majonezu mogło być więcej, bo trochę sucha.

— A ja wczoraj mówiłam Tomaszowi, że tak właśnie będzie — dodała z wymownym spojrzeniem, jakby za chwilę miała powiedzieć coś jeszcze.

Blaskot