Elżbieta Michalak otworzyła drzwi niemal natychmiast. Jej spojrzenie przesunęło się po twarzy Agnieszki Nowakowskiej, potem zatrzymało na Mai Kaczmarek, by w końcu opaść na śpiącą Zofię Rutkowską. W jednej chwili rysy teściowej stwardniały — usta zaciśnięte w wąską linię, czoło przecięte wyraźną bruzdą.
— Maju, wejdź do środka — rzuciła chłodno, robiąc przejście dla starszej wnuczki. — Ale tej… do domu nie wpuszczę.
Agnieszka przez moment nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Stała nieruchomo, czekając na wyjaśnienie, dopowiedzenie, cokolwiek, co nadałoby sens tym słowom.
Elżbieta jednak milczała, zasłaniając wejście i patrząc na młodszą dziewczynkę tak, jakby była obcym dzieckiem.
— Przepraszam? — głos Agnieszki zadrżał. — Co pani powiedziała?
— Słyszałaś doskonale. Tej małej tu nie chcę. Niech zajmie się nią jej prawdziwy ojciec. Mój syn już nie będzie.
Zosia poruszyła się niespokojnie, zbudzona podniesionymi głosami. Otworzyła oczy, zobaczyła babcię i jak zwykle wyciągnęła do niej rączki. Elżbieta odwróciła głowę.
— Nie wiem, o czym pani mówi — wyszeptała Agnieszka, czując, jak ściska ją w gardle. — Zosia jest córką Michała. Naszą córką.
— Przestań udawać — warknęła teściowa. — Już dawno coś mi nie pasowało. Wczoraj wieczorem obejrzałam zdjęcia i wszystko stało się jasne. Inne oczy, inny nos, podbródek też nie z naszej rodziny. Powiedziałam o tym Michałowi. Zgodził się ze mną.
Dziewczynka rozpłakała się, wyczuwając wrogość w głosie babci. Agnieszka mocniej przytuliła córkę.
— To nieprawda. Zosia jest podobna do mojej babci od strony mamy. Pokazywałam pani album dwa lata temu, na jej urodzinach. Sama pani wtedy mówiła, że podobieństwo jest uderzające.
— Myliłam się. Teraz przyjrzałam się dokładniej.
Maja, która zdążyła już przekroczyć próg, zatrzymała się i spojrzała na babcię z niedowierzaniem.
— Babciu, to nie jest prawda…
— Majeczko, jesteś jeszcze dzieckiem, nie rozumiesz takich spraw — odpowiedziała łagodniej, lecz z wyraźnym dystansem. — Dorośli czasem popełniają błędy, których potem żałują. Twoja mama się potknęła, a twój tata teraz cierpi. Wejdź do środka, porozmawiamy spokojnie.
Agnieszka poprawiła Zosię na rękach, drugą dłonią chwyciła Maję.
— Wychodzimy. Maju, chodź.
Odwróciła się bez słowa i ruszyła w stronę samochodu. Za plecami usłyszała jeszcze podniesiony głos Elżbiety o prawdzie, która i tak wyjdzie na jaw, ale nie zatrzymała się ani nie obejrzała.
Posadziła dziewczynki na tylnej kanapie, zapięła im pasy i ruszyła z miejsca. Teraz wszystko zaczynało się układać w całość — poranne chłodne zachowanie Michała, jego milczenie. Matka musiała podsunąć mu tę absurdalną teorię, a on w nią uwierzył.
Zamiast wracać do domu, pojechała do Doroty Michalak. Siostra już po jednym spojrzeniu zrozumiała, że stało się coś złego, i nie zadawała pytań przy dzieciach. Zaprowadziła Zosię do pokoju, posadziła ją na kanapie, włączyła bajkę i przyniosła kubek kakao. Maja usiadła obok siostry, obejmując ją ramieniem.
Dopiero wtedy Dorota wróciła do kuchni. Agnieszka siedziała przy stole, wpatrzona w blat.
— Mów — powiedziała cicho.
Agnieszka opowiedziała wszystko: telefon Mai, chłód Michała, scenę pod drzwiami. Dorota słuchała bez przerywania, jedynie od czasu do czasu kręciła głową z niedowierzaniem. Gdy historia dobiegła końca, postawiła przed siostrą filiżankę gorącej herbaty.
— I co teraz?
— Pojadę do domu. Muszę z nim porozmawiać. Spróbuję mu to wytłumaczyć.
W jej głowie rodził się plan. Zaproponuje badanie DNA — niech raz na zawsze rozwieje wątpliwości. Pokaże jeszcze raz stare fotografie, na których podobieństwo do prababci jest aż nadto widoczne.
Zostawiła dziewczynki pod opieką Doroty i ruszyła do siebie. Przez całą drogę układała w myślach zdania, które mogłyby przebić mur podejrzeń.
Zaparkowała na swoim miejscu, wjechała windą na piętro i stanęła pod drzwiami mieszkania. Wyjęła klucze. Najpierw przekręciła górny zamek — zaskoczył bez oporu. Potem dolny. Ten również ustąpił.
Weszła do ciemnego przedpokoju i zapaliła światło.
Na wieszaku, obok kurtki Michała Rutkowskiego, wisiało damskie futro. Pod nim stały niewielkie, eleganckie botki na wysokim obcasie — rozmiar nie większy niż trzydzieści sześć.
Z sypialni dobiegały głosy. Męski — cichy, miękki, niemal czuły. Takim tonem Michał mówił do niej w pierwszych latach małżeństwa. Odpowiadał mu kobiecy śmiech.
Agnieszka ruszyła korytarzem w stronę drzwi do sypialni i zatrzymała się tuż przed nimi, czując, jak serce wali jej w piersi.
