— Ma pani klucz? — zapytała Agnieszka spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała stalowa nuta. — Marcin przekazał go pani?
— Mam zapasowy komplet — odparła Elżbieta Pawłowskiówna, mierząc synową chłodnym spojrzeniem. — Marcin opowiedział mi o waszej wczorajszej rozmowie. Uznałam, że trzeba pewne kwestie wyjaśnić osobiście.
— Słucham — Agnieszka zdjęła żakiet, odłożyła go na oparcie krzesła i usiadła naprzeciwko teściowej.
— Popełnia pani poważny błąd — zaczęła starsza kobieta tonem mentorki. — Mój syn to fachowiec z prawdziwego zdarzenia. Nie powinien brać pierwszej lepszej posady poniżej swoich kwalifikacji. A rolą żony jest wspierać męża w trudniejszych momentach.
— Osiem miesięcy bez pracy to już nie „moment”, tylko styl życia — przerwała jej Agnieszka.
— Proszę mi nie przerywać — syknęła Elżbieta, zaciskając usta. — Wychowałam wyjątkowego mężczyznę. Inteligentnego, ambitnego, z perspektywami. Zasługuje na kobietę, która to doceni, a nie będzie przeliczać wszystkiego na złotówki.
— Czyli według pani normalne jest, że pracuję sama, prowadzę dom i jeszcze dokładam do utrzymania pani?
— Ja nie potrzebuję niczyjej łaski! — oburzyła się teściowa.
— W takim razie czemu co miesiąc wychodzi przelew? — Agnieszka sięgnęła po telefon. — Mam historię operacji. Przez osiem miesięcy to już sto dwadzieścia tysięcy złotych. W czasie, gdy Marcin nie zarobił ani grosza.
— Syn ma obowiązek dbać o matkę. Widocznie dla pani to obce pojęcie.
— Dla mnie wartością jest rodzina, w której odpowiedzialność rozkłada się po równo — Agnieszka wstała. — A nie układ, w którym dorosły mężczyzna pozostaje wiecznym chłopcem.
— Co pani sugeruje? — Elżbieta również podniosła się z krzesła.
— Model, który pani narzuca. Najpierw mama, potem żona — obie mają usługiwać i milczeć. A on nie musi dorastać.
— Jak śmie pani!
— Mam dość tej farsy — odparła twardo Agnieszka. — Marcin jest dorosły, a zachowuje się jak rozpieszczony nastolatek. I ma w pani sojuszniczkę.
— Chronię syna przed taką… taką…
— Materialistką? — uśmiechnęła się chłodno Agnieszka. — Dziś dostałam awans. Będę zarabiać na tyle dobrze, by żyć komfortowo sama. Bez męża, którego muszę utrzymywać, i bez teściowej, która uważa to za oczywiste.
— To groźba rozwodu?
— To informacja. Jeśli Marcin się nie zmieni, złożę pozew. I proszę mi wierzyć — będzie mi lżej.
Elżbieta Pawłowskiówna bez słowa włożyła płaszcz. Przy drzwiach zatrzymała się jeszcze na moment.
— Pożałuje pani. Takiego mężczyzny jak mój Marcin drugi raz pani nie spotka.
— Oby — mruknęła Agnieszka i zamknęła drzwi.
Następne dni upłynęły w dziwnej ciszy. Marcin nie dzwonił, nie pisał, nie pojawiał się w mieszkaniu. Agnieszka zanurzyła się w obowiązkach zawodowych, starając się odsunąć od siebie myśli o małżeństwie.
W piątkowy wieczór rozległ się dzwonek. W progu stał Marcin z niewielką torbą podróżną.
— Mogę wejść? — zapytał niepewnie.
— To nadal twój dom — odsunęła się, robiąc mu miejsce.
Usiedli naprzeciwko siebie w salonie. Wyglądał na zmęczonego, jakby kilka nocy z rzędu nie spał.
— Dużo myślałem — zaczął cicho. — I doszedłem do wniosku, że miałaś rację. Za długo czekałem na idealną ofertę.
Agnieszka nie przerywała.
— Mama twierdziła, że nie mogę się zadowolić czymś przeciętnym. Tylko że perfekcyjna propozycja chyba nie istnieje. A kiedy ja czekałem, ty brałaś wszystko na siebie.
— Dobrze, że to widzisz — skinęła głową. — Co dalej?
— Wysłałem kilka CV. To nie stanowiska dyrektorskie, ale uczciwe etaty z sensowną pensją. Na poniedziałek mam już dwie rozmowy.
— To rozsądny początek.
— I jeszcze jedno. Porozmawiałem z mamą. Powiedziałem, że dopóki sam nie zarabiam, nie będzie żadnych przelewów. Obraziła się, ale trudno.
Agnieszka patrzyła na niego uważnie. Czy naprawdę postawił granicę?
— A obowiązek syna wobec matki?
— Jest. Tylko nie kosztem żony. Sama sobie świetnie radzi. To ja przywykłem do tego, że odpowiedzialność finansową przerzucam na ciebie.
— Zostałam dziś senior project managerem — oznajmiła w końcu.
— Serio? To fantastyczna wiadomość! — uśmiechnął się szczerze. — Należało ci się.
— Ale to nie oznacza, że znów będę dźwigać wszystko sama — zaznaczyła stanowczo. — Chcę partnera, nie kogoś na utrzymaniu.
— Rozumiem. Daj mi szansę to naprawić.
Przyglądała mu się długo, próbując odczytać, czy za słowami stoją czyny.
— Masz miesiąc — powiedziała w końcu. — Znajdujesz pracę. I do tego czasu ani złotówka nie trafia do twojej mamy, dopóki nie staniemy stabilnie na nogach.
— Zgoda — wyciągnął rękę. — Zawieszenie broni?
— Zobaczymy — uścisnęła jego dłoń. — Czyny, nie deklaracje.
W poniedziałek rzeczywiście poszedł na obie rozmowy kwalifikacyjne. Jedna zakończyła się odmową — szukali kogoś z innym profilem doświadczenia. Druga jednak wypadła obiecująco i dawała realną nadzieję na szybkie rozstrzygnięcie.
