— Czy w tym domu w ogóle ktoś mieszka, czy ja codziennie wracam do pustych ścian?! — wściekły ryk przeciął ciszę przedpokoju, a po chwili ciężki but z łomotem uderzył o szafkę na obuwie i odbił się od niej.
Karolina Jaworskiówna znieruchomiała przy zlewie. Szesnaście lat małżeństwa nauczyło ją rozpoznawać nastrój męża po samym brzmieniu przekręcanego klucza. Dziś zamek szczęknął wyjątkowo ostro. To oznaczało kłopoty w pracy — a skoro tak, napięcie musiało znaleźć ujście w domu. Od dawna schemat był ten sam: jeśli coś się nie układało, winna stawała się rodzina.
Powoli wytarła dłonie w kuchenną ściereczkę. Kolacja czekała gotowa, zadania z synem sprawdzone, koszule na jutro uprasowane. Wiedziała jednak doskonale, że gdy Tomasz Nowicki ma ochotę wybuchnąć, wystarczy byle drobiazg — choćby krzywo położona serwetka.
— Cześć. Jesteśmy w domu. Michał Zając odrabia algebrę u siebie, a ja już nakładam do stołu — powiedziała spokojnie, wychodząc na korytarz. — Umyj ręce, wszystko jest jeszcze ciepłe.
— Ciepłe, powiadasz — prychnął z niesmakiem Tomasz, rzucając kurtkę obok wieszaka zamiast na niego. Zrzucił buty, odsunął kapcie kopniakiem i wszedł do kuchni.

Postawiła przed nim talerz z zapiekanką mięsną. Wziął widelec, pogmerał nim w jedzeniu, skrzywił się demonstracyjnie i odepchnął talerz na skraj stołu.
— Haruję jak wół, dźwigam na plecach cały ten dom, wracam wypruty z sił, a ty znowu serwujesz mi takie coś? Nie można przygotować porządnego kawałka mięsa?
— W lodówce są schabowe. Podgrzeję je w minutę — odparła bez podnoszenia głosu.
Wyjęła pojemnik i nastawiła mikrofalówkę. Tomasz zaczął nerwowo wystukiwać rytm palcami o blat.
— Robisz mi łaskę? Może jeszcze powinnaś się uśmiechnąć. Żona powinna witać męża z radością, a nie z miną, jakbym przyszedł po pożyczkę na milion złotych.
— Jestem po prostu zmęczona, Tomasz. W pracy też nie było lekko.
— Zmęczona? Przekładanie papierów w biurze to nie dźwiganie worków! Ja dziś użerałem się z dostawcami, potem przez półtorej godziny wysłuchiwałem pretensji dyrektora. I dla kogo to wszystko? Dla was! Żebyście mieli ciepło i wygodę. A wdzięczności żadnej.
Poza domem musiał się uśmiechać, schlebiać przełożonym i podporządkowywać cudzym zasadom. W tych czterech ścianach zmieniał się w niepodważalnego władcę. Ociężałym spojrzeniem obrzucił kuchnię, aż zatrzymał wzrok na zamkniętych drzwiach pokoju syna.
— A ten pasożyt gdzie? Michał! Natychmiast tu przyjdź!
Drzwi uchyliły się powoli. Do kuchni wszedł niechętnie czternastoletni chłopak — wysoki, zbyt poważny jak na swój wiek. Patrzył spod zmarszczonych brwi, ręce wciśnięte w kieszenie domowych spodni.
— O co chodzi? — zapytał cicho.
— Nie „o co chodzi”, tylko „dzień dobry, tato”! — wrzasnął Tomasz i z rozmachem uderzył dłonią w stół. Naczynia zadźwięczały ostrzegawczo, jakby przeczuwając, że to dopiero początek wieczornej burzy.
