Jednego miesiąca — pomyślała Katarzyna. — Mam dokładnie miesiąc.
Nie wiedziała jeszcze, że Kamil Ostrowski tonie w zobowiązaniach finansowych. Że firma cateringowa wskazana w arkuszu Moniki Długoszówny należy do jego kuzyna. Ani że „około czterdziestu gości” w rzeczywistości oznacza sześćdziesiąt dwie osoby.
Ale miała się o tym przekonać. I to szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Wszystko zaczęło się od pliku w Excelu.
Monika wysłała go w niedzielę o 7:45 rano — o porze, gdy większość ludzi przewraca się jeszcze na drugi bok. Tytuł: „Budżet wesela”. W środku skrupulatne zestawienie: kompozycje kwiatowe, obsługa gastronomiczna, wynajem sprzętu, dekoracje, fotograf. Na dole widniała suma końcowa — 380 000 zł. A w sąsiedniej kolumnie ktoś już dopisał podział: „Mateusz i Kasia — 50%”.
Sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych.
Katarzyna siedziała przy kuchennym stole z kubkiem kawy i wpatrywała się w ekran telefonu. Za ścianą Mateusz jeszcze spał. Dopijała napój powoli, odstawiła filiżankę do zlewu, po czym wróciła do sypialni i bezszelestnie się ubrała. Chwilę później zamknęła za sobą drzwi mieszkania.
Potrzebowała ciszy. Przestrzeni bez komentarzy i cudzych opinii.
Spacerem dotarła na nadwiślański bulwar. Było niemal pusto — kilku biegaczy, starszy mężczyzna z psem. Szła niespiesznie, obserwując nurt rzeki. Nie analizowała samej kwoty. Pieniądze były jedynie skutkiem. Myślała o schemacie, który powtarzał się przez ostatnie siedem lat: najpierw drobna przysługa, potem większa, aż w końcu coś stawało się oczywistością. W którymś momencie przestała być partnerką w tej historii — stała się zasobem.
Stabilnym, wygodnym, bezgłośnym zasobem.
Do domu wróciła około dziesiątej. Mateusz siedział przy stole, przeglądał wiadomości w telefonie i popijał herbatę.
— Otworzyłaś ten arkusz? — rzucił, nie unosząc wzroku.
— Tak.
— I co myślisz? Monika naprawdę się przyłożyła.
— Jest bardzo szczegółowy — odpowiedziała spokojnie Katarzyna, nalewając sobie wody. Usiadła naprzeciwko. — Mateusz, nie wyłożymy stu dziewięćdziesięciu tysięcy.
Spojrzał na nią, jakby powiedziała coś w obcym języku.
— To jej ślub. Raz w życiu.
— Już to słyszałam. Teraz wysłuchaj mnie. — Oparła dłonie na blacie, bez dramatyzowania. — Nie jestem sponsorem cudzego wydarzenia. Jeśli chcesz przekazać siostrze pieniądze ze swoich oszczędności — proszę bardzo. Ale ze wspólnego budżetu — nie.
Zamilkł na chwilę, po czym odezwał się wolniej, z wyraźnym naciskiem:
— Zdajesz sobie sprawę, jak to będzie wyglądać? Co ludzie powiedzą?
— Którzy ludzie, Mateusz?
Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł do przedpokoju. Po minucie usłyszała jego przyciszony głos — dzwonił do Moniki.
Pojawiła się po południu. Tym razem bez teczki, za to z miną kogoś, kto przyjechał negocjować warunki umowy. Kamil jak poprzednio zatrzymał się przy wejściu — wpatrzony w ekran telefonu, jakby był jedynie przypadkowym obserwatorem.
— Kasiu — zaczęła Monika, siadając na kanapie z wyuczonym spokojem — wiem, że suma jest wysoka. Ale to naprawdę wersja minimalna. Cięliśmy koszty, gdzie się dało.
— Zapoznałam się z tabelą — odparła Katarzyna.
— W takim razie widzisz, że niżej się nie da. Z cateringiem jesteśmy już praktycznie umówieni, fotograf też—
— Moniko, moment. — Katarzyna przerwała łagodnie, lecz stanowczo. — Chciałabym coś doprecyzować. Firma cateringowa to „Smak i Styl”, prawda?
Na twarzy Moniki pojawiło się napięcie.
— Tak… a co?
— Właścicielem jest Grzegorz Tomaszewski. Kuzyn Kamila. Zgadza się?
Zapadła cisza. Kamil przestał udawać, że go tu nie ma.
— Skąd ty… — zaczęła Monika.
— Sprawdziłam. — Katarzyna mówiła rzeczowo. — Zanim ktoś oczekuje ode mnie stu dziewięćdziesięciu tysięcy złotych, chcę wiedzieć, dokąd one trafią. To rozsądne. I jeszcze jedno — porównałam oferty. Przy sześćdziesięciu osobach podobną usługę można mieć o połowę taniej w trzech innych firmach.
— Wybraliśmy ich, bo mamy do nich zaufanie — odpowiedziała Monika ostrzej.
— Rozumiem. Ja nie mam. — Katarzyna podeszła do okna, po czym odwróciła się w ich stronę. — Mogę pomóc w organizacji. Poświęcę czas, zajmę się logistyką, dopilnuję terminów. Ale pieniędzy nie dam. Ani 190 tysięcy, ani dziewięćdziesięciu, ani pięćdziesięciu. Udostępnienie naszego mieszkania to już ogromny gest, jeśli ktoś jeszcze o tym pamięta.
Monika spojrzała na brata.
— Mateusz?
Patrzył w blat stołu.
— Mateusz, powiedz coś.
— Kasia, może chociaż część… — zaczął cicho, unikając jej wzroku.
— Nie. — Jedno słowo, wypowiedziane bez podniesionego tonu, lecz ostateczne jak zatrzaśnięte drzwi.
Dwadzieścia minut później Monika zakładała płaszcz. Skinęła bratu głową i minęła Katarzynę, nie zaszczycając jej spojrzeniem. Kamil wyszedł tuż za nią — równie milczący, z telefonem w dłoni. W progu odwrócił się jednak i zmierzył Katarzynę długim, przenikliwym wzrokiem, jakby dopiero teraz próbował ją ocenić.
Nie podobało jej się to spojrzenie. Było chłodne, kalkulujące.
Drzwi zamknęły się cicho.
Mateusz został w korytarzu, z miną człowieka, którego plan właśnie się rozsypał — i który dopiero zastanawia się, czy ma jeszcze jakąś kartę w rękawie, zanim zdecyduje się odezwać.
