Kobieta spojrzała na mnie z łagodnością podszytą zmęczeniem, tak szczerą, że aż ścisnęło mnie w gardle.
— Kochana — odezwała się cicho. — Pani mąż nie jest w stanie dzwonić. Jest nieprzytomny. Ma rurkę w tchawicy. To wyczerpanie płata pani figle. Proszę usiąść.
— Wiem, że jest nieprzytomny. Ale na moim telefonie są dwa nieodebrane połączenia z jego numeru.
— Ktoś mógł użyć jego aparatu. Albo to błąd systemu. Takie rzeczy się zdarzają.
— Jego telefon jest zdeponowany u państwa.
— Depozyt mieści się w innym budynku — ucięła, jakby tym jednym zdaniem zamykała temat. — Proszę odpocząć. Rano porozmawia pani z lekarzem.
Wróciłam na twardą ławkę pod ścianą.
Mężczyzna siedzący naprzeciwko z plastikową torbą na kolanach wcale nie spał. Patrzył na mnie uważnie.
— Żona? — zapytał półgłosem.
Skinęłam głową. — Tak. A pan?
— Mama. Siedemdziesiąt osiem lat. Zawał. — Zawiesił głos. — Przykro mi.
— Mnie również.
Zapadła cisza, po chwili znów się odezwał:
— Słyszałem, co mówiła pani pielęgniarce. O tych telefonach.
Nie odpowiedziałam.
— Miałem podobnie — ciągnął. — Dwa lata temu, gdy odchodził mój ojciec. Też siedziałem w takim korytarzu. I nagle połączenie z jego numeru. Odebrałem. Cisza.
— I co to było?
Wzruszył ramionami. — Nie wiem. Jego komórka leżała w kieszeni mojej kurtki. Może coś się samo wcisnęło. A może… coś innego. A może po prostu nic.
— Przeżył?
Spojrzał na torbę u stóp.
— Nie.
Milczeliśmy. Na końcu korytarza zadudniła winda.
— Ale był dobrym człowiekiem — powiedział w końcu. — Do samego końca.
— Mój też — wyrwało mi się. — Podjadał kotlety prosto z patelni. Myślał, że nie widzę.
Na jego twarzy przemknął krótki uśmiech.
— Mój ojciec chował cukierki w skrzynce z narzędziami. Cukrzyca, a jednak. Mama dostawała szału.
Znowu zamilkliśmy, lecz ta cisza nie była już tak ciężka.
O czwartej dwadzieścia nie wytrzymałam. Poszłam do toalety, by przemyć twarz. W lustrze zobaczyłam kogoś obcego: szarą, z przekrwionymi oczami, z włosami związanymi w niedbały kucyk, który teraz sterczał na wszystkie strony. Puściłam na nadgarstki lodowatą wodę i stałam tak chwilę z zamkniętymi oczami.
Dwadzieścia dwa lata.
Tyle jesteśmy z Dawidem Malinowskim małżeństwem. Miałam dwadzieścia sześć lat, on dwadzieścia dziewięć, kiedy powiedzieliśmy sobie „tak”. Pracowałam wówczas w bibliotece i byłam przekonana, że zostanę tam do emerytury. On dopiero startował z własną firmą — trzy osoby, jeden laptop i wynajęty pokój. Mieszkaliśmy na obrzeżach Wrocławia, w bloku z widokiem na fabryczne kominy. Twierdził, że to ma klimat.
Złościłam się na niego o drobiazgi. O niedokręconą pastę do zębów. O telefon kładziony na stole podczas kolacji. O jego „jutro”, które oznaczało pojutrze. O to spojrzenie w okno, kiedy wydawało się, że myślami jest daleko, w miejscu, do którego nie mam wstępu.
Błahe sprawy. A jednak potrafiły mnie doprowadzić do furii.
Otworzyłam oczy i popatrzyłam sobie prosto w twarz.
— Dawidzie Malinowski — powiedziałam cicho, ale stanowczo. — Nie wolno ci teraz odejść. Słyszysz?
Lustro milczało.
Telefon w kieszeni również.
Wróciłam na oddział.
O wpół do siódmej zmieniła się obsada. Korytarz nagle ożył: stukot kółek łóżek, przyciszone rozmowy, brzęk metalowych tacek. Mężczyzna z torbą zniknął, nawet nie zauważyłam kiedy. Na jego miejscu siedziała młoda kobieta z niemowlęciem przy piersi; oboje spali skuleni.
O ósmej piętnaście pojawił się neurochirurg — inny niż wczoraj. Starszy, z ciężkimi dłońmi i wygniecionym fartuchem.
— Malinowska? — zapytał.
— Tak.
— Proszę za mną.
W małym gabinecie usiadł, ja zostałam stojąc.
— Noc była stabilna. Obrzęk mózgu pod kontrolą. Na razie bez wyraźnej poprawy ani pogorszenia.
— Czy odzyskał przytomność?
— Nie. Utrzymujemy głęboką sedację, dodatkowo pozostaje w śpiączce.
— Kiedy to się może zmienić?
— Tego nikt nie powie. Może jutro. Może za tydzień. A może później.
Zebrałam się na odwagę.
— Mam dziwne pytanie. W nocy dwa razy dzwonił do mnie jego numer. Wiem, że to brzmi absurdalnie. Pielęgniarka twierdzi, że telefon jest w depozycie. Czy można to sprawdzić?
Nie wyglądał na zaskoczonego.
— Depozyt otwierają o dziewiątej. Proszę zgłosić się do administracji, zweryfikują.
— Dziękuję.
— Coś jeszcze?
Zawahałam się. — Czy on… czy on się boi? Czy coś czuje?
Lekarz spojrzał na mnie uważniej.
— Przy tak głębokim uśpieniu nie odczuwa bólu ani strachu. To w pewnym sensie łaska.
Przytaknęłam.
— Mogę go zobaczyć?
— Pięć minut. Maska i ochraniacze obowiązkowo.
Oddział intensywnej terapii okazał się mniejszy, niż sobie wyobrażałam. Sześć stanowisk, niemal wszystkie zajęte.
