— Nie potrafisz zaakceptować tego, że sama na siebie zarabiam i nie potrzebuję niczyjej zgody — dokończyła spokojnie.
Dzielnicowy zatrzasnął notes i poprawił czapkę.
— Odnotuję, że mamy do czynienia ze sporem cywilnym. Jeśli chcecie to ciągnąć dalej, pozostaje droga sądowa. Do wszczęcia postępowania karnego nie widzę podstaw.
Spojrzał na Marka z czymś na kształt współczucia.
— Radziłbym nie dolewać oliwy do ognia.
Gdy wyszedł, w mieszkaniu zrobiło się duszno. Trójka dorosłych ludzi stała naprzeciw siebie, każde przekonane o swojej racji, a jednak wspólna przestrzeń nagle wydawała się za mała.
Halina zdjęła płaszcz i odwiesiła go demonstracyjnie na wieszak.
— Nigdzie się nie ruszę, dopóki nie oddasz pieniędzy.
— Niczego nie oddam — odpowiedziała Magdalena bez podnoszenia głosu. — A pani wyjdzie. To jest moje mieszkanie.
— Rozwaliłaś rodzinę! — krzyknęła teściowa.
— Rodzinę zniszczył ten, kto uznał, że może sięgnąć do mojego portfela bez pytania.
Marek nagle opadł na krzesło, jakby ktoś spuścił z niego powietrze.
— Robisz ze mnie kompletnego nieudacznika.
— Ja niczego z ciebie nie robię. Sam to zrobiłeś w chwili, gdy wsunąłeś moją kartę do własnej kieszeni.
Zapadła ciężka cisza.
I wtedy Magdalena wypowiedziała zdanie, którego jeszcze rano nie planowała:
— Rozmawiałam z prawnikiem.
Marek poderwał głowę.
— Kiedy?
— Wczoraj. Na wypadek, gdybyście postanowili dalej mnie naciskać.
Halina prychnęła z pogardą.
— I co ci ten twój mecenas nagadał?
— Wyjaśnił, że zabranie karty bez zgody właściciela to bezprawne przywłaszczenie. A dysponowanie cudzymi środkami przez osobę trzecią może skończyć się osobnym postępowaniem.
Marek wstał gwałtownie.
— Straszysz moją matkę?
— Informuję was. Jeśli jeszcze raz spróbujecie ingerować w moje finanse, złożę zawiadomienie.
Teściowa aż poczerwieniała.
— Jak śmiesz!
— Śmiem — odparła cicho Magdalena. — Bo przestałam się bać.
To zdanie wybrzmiało mocniej niż wcześniejsze krzyki.
Marek patrzył na nią inaczej niż dotąd. Po raz pierwszy bez wściekłości. Zdezorientowany, jakby grunt usuwał mu się spod nóg.
— Naprawdę nie dasz mi żadnej szansy?
— Szansa była wtedy, gdy prosiłam, żebyś po prostu oddał kartę.
Nie odpowiedział.
— Proszę się ubrać i wyjść — powiedziała stanowczo. — Następnym razem nie otworzę drzwi.
Halina ruszyła do przedpokoju, ale przy progu odwróciła się jeszcze.
— Pożałujesz. Sama długo nie pociągniesz.
Magdalena uśmiechnęła się lekko.
— Zobaczymy.
Kiedy drzwi się zamknęły, oparła się plecami o ścianę. Serce waliło jej jak po długim biegu, lecz zamiast strachu czuła coś innego — przejrzystość myśli, jakby ktoś nagle uchylił okno w dusznym pokoju.
Wróciła do salonu, usiadła przy biurku i włączyła komputer. Otworzyła projekt, nad którym pracowała od tygodni. Palce zawisły nad klawiaturą.
W tej chwili na ekranie pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości.
Temat: „Rozwiązanie umowy”.
Firma deweloperska, dla której przygotowywała nową stronę internetową, informowała o wstrzymaniu współpracy. Lakoniczne uzasadnienie: „z powodu zmiany okoliczności”.
Przeczytała maila dwa razy.
Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych stanęło pod znakiem zapytania.
Poczuła, jak lodowaty dreszcz wspina się od brzucha ku gardłu.
Zbieg okoliczności?
A może wcale nie?
Przypomniała sobie szeptaną rozmowę Marka sprzed tygodnia. Rozmawiał wtedy w kuchni przez telefon, przekonany, że go nie słyszy. Ułamek zdań utkwił jej w pamięci: „znam prezesa… da się to załatwić…”
Nie. To niemożliwe.
A jednak niepokój już się rozgościł.
Chwyciła telefon i wybrała numer Katarzyny.
— Powiedz mi — zaczęła, starając się brzmieć rzeczowo — jeśli były mąż próbowałby zaszkodzić mi zawodowo… to w ogóle realne?
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
— Magdalena… — odezwała się ostrożnie przyjaciółka. — Myślisz, że on byłby do tego zdolny?
Magdalena spojrzała przez okno. Miasto tętniło zwyczajnym życiem, zupełnie obojętne na jej prywatną wojnę.
— Już niczego nie jestem pewna — przyznała i po raz pierwszy od wielu dni zamiast gniewu poczuła chłodny, przenikliwy lęk.
— Sugerujesz, że mógł zadzwonić do twojego klienta?
— Nie wiem. Ale ten mail przyszedł podejrzanie szybko.
Odłożyła telefon i znów otworzyła wiadomość. „Zmiana okoliczności”. Jakich? Kryzys finansowy? Problemy formalne? A może urażona ambicja mężczyzny, który nie potrafił pogodzić się z tym, że przestał być centrum jej świata?
Wyszukała numer dyrektora spółki — Andrzeja Michalskiego. Rozmawiali dotąd przez wideokonferencje; wydawał się konkretny, rzeczowy, z odrobiną ironii w głosie. Wybrała numer, zanim zdążyła się rozmyślić.
— Pani Magdaleno? — odezwał się po kilku sygnałach. — Właśnie miałem pisać szerzej w tej sprawie.
— Wolałabym usłyszeć wprost. Co się stało?
Krótka pauza.
— Otrzymałem telefon. Mężczyzna przedstawił się jako pani mąż. Twierdził, że wyprowadza pani środki z naszej firmy przez fikcyjne usługi i że wkrótce czeka panią proces.
Magdalena powoli usiadła.
— I uznał pan to za wiarygodne?
— Nie. Ale realizujemy zamówienie publiczne. Nie możemy pozwolić sobie na medialne afery.
Wzięła głęboki oddech.
— Jesteśmy w trakcie rozwodu. Ten człowiek zabrał mi kartę płatniczą, przekazał ją swojej matce i teraz próbuje się mścić.
Po drugiej stronie rozległ się cichy, niedowierzający śmiech.
— Brzmi jak scenariusz serialu.
— Niestety, to moje życie.
— Proszę przedstawić dowody, że nie ma wobec pani żadnych zarzutów. Wtedy wrócimy do współpracy.
— Przedstawię — odpowiedziała bez wahania.
Rozłączyła się i poczuła coś więcej niż determinację. Pojawiła się iskra rywalizacji. Jeśli Marek zdecydował się grać nieczysto, nie docenił jej zupełnie.
Dwa dni później siedziała w kancelarii adwokackiej. Nie rozmawiała już z kimś przez telefon, lecz z prawnikiem z prawdziwego zdarzenia — z teczkami pełnymi dokumentów, urzędowymi pieczęciami na półkach i nawykiem uważnego, milczącego słuchania.
