…W części dotyczącej budynku mieszkalnego widniał jednak zupełnie inny zapis.
— Dom mieszkalny: Katarzyna Nowicka — jedna trzecia udziału. Marek Nowicki — jedna trzecia. Krzysztof Nowicki — jedna trzecia. Data wpisu: piętnasty października ubiegłego roku.
Podniosłam wzrok znad papierów. Magdalena patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Czyli co… — odezwała się powoli, jakby ważyła każde słowo. — On nie tylko przekazał swoją część? Zmniejszył też twoją?
— Sama próbuję to zrozumieć — wyszeptałam, ponownie śledząc linijki tekstu. — Mam tu wpisane jedną trzecią. A przecież wcześniej miałam połowę. Jak to w ogóle możliwe?
— Daj to — wyrwała mi dokument z rąk. — Jesteś pewna, że wcześniej miałaś pięćdziesiąt procent?
— Oczywiście. Kupowaliśmy dom jako małżeństwo, notariusz od razu wpisał po połowie. Miałam stare papierowe świadectwo własności. Gdzieś je trzymałam…
— Gdzie dokładnie?
— W szafie, w segregatorze z dokumentami. Albo na działce. Zawsze przechowywaliśmy wszystko razem, ja i Marek.
Magdalena marszczyła brwi, obracając kartki.
— To śmierdzi na kilometr. Żeby obniżyć twój udział, musiałaś wyrazić zgodę. Składałaś jakiś podpis?
— Nie! — wyrwało mi się zbyt głośno. — Niczego takiego nie podpisywałam. Nawet nie wiedziałam, że on sporządza jakąś darowiznę.
— To jakim cudem to przeszło? — zastanowiła się. — Idziemy do prawnika. Natychmiast.
— Do jakiego?
— Znam jednego. Prowadził sprawę alimentacyjną mojego byłego. Ma kancelarię niedaleko, przy ulicy Kościuszki.
Szłyśmy szybko, a ja ledwie dotrzymywałam jej kroku. W głowie szumiało mi jedno zdanie: jedna trzecia. Krzysztof, który jeszcze wczoraj siedział w naszej kuchni z piwem, miał teraz tyle samo praw do domu co ja.
Kancelaria mieściła się na drugim piętrze starej kamienicy. Na drzwiach wisiała tabliczka „Porady z zakresu prawa cywilnego”. W środku przy biurku siedział około pięćdziesięcioletni mężczyzna w okularach.
— Dzień dobry — zaczęła Magdalena. — Może mnie pan pamięta? Magdalena, znajoma Wiktora…
— Oczywiście, proszę usiąść. Co się stało?
Usiadłam naprzeciwko niego i położyłam wypis na blacie.
— Chciałabym wiedzieć, czy to w ogóle jest zgodne z prawem.
Prawnik założył okulary i czytał w milczeniu. Każda minuta ciągnęła się w nieskończoność.
— Ciekawa sprawa — mruknął w końcu. — Proszę opowiedzieć wszystko od początku.
Opowiedziałam więc: o zakupie domu, o równych udziałach, o wczorajszym wieczorze, o darowiźnie dla brata, o tym, że nikt mnie o niczym nie informował.
— Jeśli mąż przekazał swoją część bratu, miał do tego prawo — wyjaśnił spokojnie. — Ale zmniejszenie pani udziału bez pani zgody jest niemożliwe. Chyba że coś pani podpisała.
— Niczego świadomie.
— Świadomie to jedno. A czy podpisywała pani jakieś dokumenty bez czytania? „Do urzędu”, „do podatku”?
Zamarłam. Jesienią Marek przyniósł kilka kartek. Powiedział, że trzeba podpisać coś dla rozliczeń podatkowych. Pospiesznie złożyłam podpisy.
— Było coś takiego — przyznałam cicho.
Prawnik wymienił z Magdaleną spojrzenia.
— W takim razie są dwie możliwości: albo podpisała pani zgodę na zmianę udziałów i wszystko jest formalnie poprawne, albo ktoś sfałszował podpis. Musimy zdobyć kopie dokumentów, na podstawie których dokonano wpisów.
Wyszłyśmy z kancelarii z konkretnym planem. Złożyłyśmy wniosek o wydanie kopii akt. Czekać trzeba było pięć dni roboczych.
Tego samego dnia zadzwonił Marek. Głos miał miękki, skruszony.
— Jestem w mieście. Spotkajmy się.
Umówiliśmy się przy wejściu do parku. Magdalena usiadła na ławce w pewnej odległości.
— Po co to zrobiłeś? — zapytałam bez wstępów.
— Mama prosiła. Krzysztof nie miał gdzie mieszkać — tłumaczył. — Myślałem, że to przejściowe.
— Przejściowe? On jest współwłaścicielem! A ja mam jedną trzecią. Dlaczego?
Zbladł.
— Dowiedziałaś się…
— Tak. I chcę wiedzieć, czy podrobiłeś mój podpis.
— Nie. Podpisałaś sama.
Zabolało mnie to bardziej niż kłamstwo.
— Powiedziałeś, że to dla urzędu skarbowego.
— Chciałem uniknąć kłótni. Krzysztof mówił, że jeśli będzie miał udział, dostanie kredyt na rozbudowę.
— A jeśli go nie spłaci? — zapytałam lodowato. — Dom pójdzie pod młotek. Razem z moją częścią.
Magdalena podeszła bliżej, gdy zaczęliśmy mówić coraz głośniej.
— Składam pozew o rozwód — oznajmiłam. — I będę podważać te umowy.
Marek pobladł jeszcze bardziej.
— Nie rób tego…
Odwróciłam się i odeszłam.
Pięć dni później odebrałam kopie dokumentów. Wśród nich znajdowała się umowa darowizny połowy udziału Marka dla Krzysztofa oraz moje „oświadczenie małżonki o wyrażeniu zgody”.
Podpis był mój. Data — piętnasty października. Pamiętałam tamten dzień: gotowałam obiad, ręce miałam w mące, Marek położył kartki na stole i wskazał miejsce do podpisu.
— Nawet nie przeczytałam — wyszeptałam.
U prawnika usłyszałam, że formalnie zgoda została udzielona. Ale pozostawała kwestia przekształcenia udziałów — a do tego potrzebna była forma notarialna.
— Była pani u notariusza? — zapytał.
— Nigdy.
— To ciekawe. Bez osobistego stawiennictwa notariusz nie powinien poświadczyć podpisu. To daje pole do działania.
Zapowiedział możliwość ekspertyzy grafologicznej i postępowania sądowego. Koszty były znaczne, ale gra toczyła się o dach nad głową.
Wieczorem, siedząc u Magdaleny, rozważałyśmy różne scenariusze.
— A może sprzedać mieszkanie? — rzuciła nagle. — Podzielić pieniądze i odkupić udział Krzysztofa.
Ta myśl mnie przeraziła, ale i dała cień nadziei.
Następnego dnia odebrałam telefon od Marka.
— Musimy coś ustalić — powiedziałam bez ogródek. — Sprzedajmy mieszkanie. Podzielmy środki. Ja wykupię udział twojego brata albo kupię sobie coś małego.
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
— Chcesz naprawdę sprzedać wszystko? — zapytał w końcu.
— Nie „wszystko”. Tylko to, co jeszcze możemy uratować. Mieszkanie warte jest około pięciu milionów. Każdemu przypadnie mniej więcej po dwa miliony. To wystarczy, by odkupić udział Krzysztofa — jeśli się zgodzi — albo zapewnić mi własne lokum.
Czekałam na jego odpowiedź, czując, że od tego, co powie, zależy nie tylko przyszłość majątku, lecz także ostateczny kształt naszego rozstania.
