Osiemnastkę skończył w marcu.
Miesiąc później, w sobotę, przyjechał pierwszym porannym autobusem. Była wpół do jedenastej, kiedy usłyszałam w korytarzu jego kroki — sprężyste, szybkie, znajome. Zapukał trzy razy.
— Babciu, to ja.
Wszedł z torbą. Mandarynki, herbatniki, krzyżówka. Jak zawsze.
Przysiadł obok mnie i przez chwilę milczał — tak jak milknie się przed czymś naprawdę istotnym.
— Babciu — odezwał się w końcu — wynająłem mieszkanie. Niewielkie, jednopokojowe, ale będzie w nim twój pokój. W salonie stoi rozkładana kanapa, tam będę spał ja, a pokój jest dla ciebie. Jasne, na drugim piętrze. Przystanek tuż obok.
Spojrzałam na niego uważnie.
— Kacper…
— Poczekaj. — Wyjął z kieszeni złożoną kartkę. — Umowa najmu. Część rzeczy już przewiozłem: łóżko, szafkę nocną. I znalazłem kubek. Biały, w niebieskie kwiaty. Pamiętasz, opowiadałaś mi kiedyś o takim? W komisie trafiłem na bardzo podobny.
Zabrakło mi tchu.
— To wszystko kosztuje. Pracujesz, studiujesz…
— Przemyślałem to dokładnie. Dam radę. — Patrzył na mnie poważnie, pewnie, tym samym spojrzeniem, które znałam od dnia, gdy pierwszy raz otworzył oczy w szpitalnej sali. — Czekałem pięć lat. Obiecałem ci, gdy miałem czternaście lat. Powiedziałem, że nie zapomnę. I nie zapomniałem.
Ja też pamiętałam.
Siedział przede mną dorosły, osiemnastoletni mężczyzna — mój wnuk, którego uczyłam stawiać pierwsze kroki i wymawiać pierwsze słowa — a ja nie potrafiłam wydobyć z siebie ani jednej sylaby.
— Babciu, tylko nie płacz — szepnął. Głos lekko mu drżał. — No już…
— Wcale nie płaczę — zaprzeczyłam, a chwilę później łzy same popłynęły.
Objął mnie nieporadnie, trochę sztywno, jak młody chłopak, który dopiero uczy się takich gestów. Przytuliłam się do niego i płakałam cicho, bez szlochu, jak płaczą starsi ludzie — spokojnie, pozwalając łzom spływać.
— To już koniec, babciu — powtarzał. — Wracamy do domu.
Do domu.
Przed wyjazdem poszłam pożegnać się z Krystyną Wieczorekówna.
Od kilku miesięcy prawie nie wstawała z łóżka. Gdy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się, jakby czekała na tę chwilę.
— No i co, wyprowadzasz się?
— Tak.
— A więc jednak przyszedł.
— Przyszedł.
Skinęła głową z satysfakcją, jak ktoś, komu właśnie potwierdzono dawno znaną prawdę.
— Krystyno Wieczorekówna — zaczęłam — może pojedzie pani z nami? Kacper to dobry chłopak, na pewno się zgodzi. Poproszę go…
— Nie. — Odpowiedziała spokojnie. — To twoja droga, Tereso Borkowskiówna. Idź nią. Ja już tu zapuściłam korzenie. A poza tym kto będzie czytał krzyżówki Julii Czerwińskiówna? Słabo widzi.
Popatrzyłam na nią bezradnie.
— Proszę pisać do mnie — dodała. — Lubię listy.
Pierwszy wysłałam trzy dni po przeprowadzce. Ona dyktowała odpowiedzi Julii, a ta zapisywała je swoim nierównym, lecz czytelnym pismem. Korespondowałyśmy przez półtora roku — aż do dnia, gdy Krystyna Wieczorekówna odeszła.
Cicho, przez sen. Tak, jak sobie życzyła.
Jej ostatni list dotarł później. Julia nadała go, nie wiedząc, że tego samego dnia Krystyna zmarła.
Pisała o krzyżówkach, o Julii, o zbliżającej się wiośnie. A na końcu dopisała:
„Tereso Borkowskiówna, dobrze zrobiłaś, że na niego czekałaś. Tacy wnukowie nie zdarzają się często. Dbajcie o siebie.”
Ten list trzymam w górnej szufladzie komody, obok białego kubka w niebieskie kwiaty.
Michał Ostrowski dowiedział się o wszystkim tydzień po moim wyjeździe.
Zadzwonił zdezorientowany.
— Mamo, gdzie jesteś?
— U Kacpra.
— U Kacpra? Przecież on…
— Wynajął mieszkanie. Przyjął mnie do siebie.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Ale on studiuje. Jak to możliwe?
— Pracuje. Ma dodatkowe zajęcie. Radzi sobie.
Trzy dni później stanął w drzwiach. Zadzwonił, otworzył mu Kacper. Siedziałam w kuchni i słyszałam ich przyciszone głosy w przedpokoju — napięte, ostrożne.
Potem Michał wszedł do mnie. Usiadł naprzeciwko i długo milczał.
— Mamo… — zaczął w końcu.
— Michał, nie trzeba.
— Nie, muszę. — Mówił cicho. — Postąpiłem źle. Wiem o tym. Wmawiałem sobie, że to tylko na jakiś czas, że tak będzie dla ciebie bezpieczniej — opieka, pielęgniarki, wszystko na miejscu.
