— Jaka wspólna działalność? — prychnął Tomasz z wyraźną pogardą. — O czym ty w ogóle mówisz? Jesteś emerytowaną wykładowczynią, jakie znowu interesy?
— Włożyłam w to pieniądze. Mam potwierdzenia przelewów i pokwitowania.
— Pokwitowania? — w jego głosie zabrzmiała nerwowa nuta. — Daj spokój. To były prezenty.
— W takim razie wyjaśnimy to przed sądem — odpowiedziała spokojnie, z determinacją, której sama w sobie dotąd nie znała, i bez wahania zakończyła rozmowę.
Serce waliło jej jak młotem. Nigdy wcześniej nie odezwała się do niego w ten sposób. Przez trzydzieści dwa lata ustępowała, łagodziła konflikty, wycofywała się pierwsza. Zawsze dla świętego spokoju. A teraz…
— Naprawdę to powiedziałam? — wyszeptała do siebie i po raz pierwszy od wielu dni na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
Kolejne tygodnie zlały się w jedną, nerwową mgłę. Magdalena kompletowała dokumenty, przeglądała segregatory, odświeżała pamięć, spotykała się z Aleksandrą i próbowała zrozumieć język paragrafów. Na uczelni wzięła urlop — nie potrafiła zebrać myśli na tyle, by prowadzić zajęcia.
— Magda, schudłaś — zauważyła Beata, zaglądając do jej gabinetu. — Powinnaś coś zjeść.
— Nie mam teraz głowy do jedzenia — odparła, przekładając kolejne teczki. — Muszę uporządkować papiery.
Beata zawahała się chwilę.
— A on… nie nachodzi cię? Nie grozi?
— Na razie ogranicza się do telefonów — skrzywiła się Magdalena. — Wydzwania i powtarza, żebym „oprzytomniała”. Jakby to ze mną było coś nie tak.
Tego samego wieczoru zadzwonił Mateusz.
— Mamo, ja już mam dość — powiedział zmęczonym głosem. — Dzwoni do mnie codziennie. Każe mi na ciebie wpłynąć.
— I co mu mówisz?
— Że to wasza sprawa. Wściekł się.
Magdalena westchnęła cicho. Syn od lat trzymał się z dala od napięć między nią a Tomaszem. Może to i lepiej.
— A ty jak się trzymasz? — zapytał po chwili.
— Daję radę — przełknęła ślinę. — Wiesz, znalazłam stare zdjęcia z budowy domu. Byłeś wtedy taki mały.
— Jasne! Nosiłem cegły, pamiętam! — roześmiał się. — A tata tylko wydawał polecenia.
— Tak było. A materiały kupowaliśmy z mojej pensji.
— Jak to?
— Wszystko szło na budowę. Każda wypłata. I mam na to dowody.
— Niesamowite… On wszystkim opowiada, że wszystko zawdzięcza wyłącznie sobie.
Telefon znów zawibrował. Na ekranie pojawiło się imię Tomasza. Magdalena odrzuciła połączenie.
— Znowu on — mruknęła. — Teraz dzwoni codziennie.
— Nie odbieraj.
— Nie odbieram. Ale potrafi przyjechać bez zapowiedzi.
Wczoraj stał pod drzwiami. Patrzył tym swoim dawnym, surowym wzrokiem, którym kiedyś uciszał ją jednym spojrzeniem. Kiedyś działało. Dziś już nie.
— Oddaj mi te pokwitowania — zażądał.
— Nie.
— Magda, igrasz z ogniem.
— To ty igrałeś ze mną przez trzy dekady, Tomaszu.
Trzasnął drzwiami tak mocno, że z sufitu posypał się pył.
Dziś zjawiła się inna osoba. Młoda, starannie ubrana, z bezczelną pewnością siebie wypisaną na twarzy.
— Nazywam się Nikola — oznajmiła bez wstępów. — Musimy porozmawiać.
— O czym?
— O Tomaszu. On bardzo to przeżywa. Skoro i tak się rozwodzicie, po co robić z tego spektakl?
— Spektakl?
— Te wszystkie roszczenia. Dom, pieniądze…
— Moje pieniądze — doprecyzowała chłodno Magdalena.
— Proszę pani, jakie znowu pani pieniądze? — Nikola przewróciła oczami. — Tomasz prowadził firmę, a pani…
— A ja co?
Dziewczyna na moment straciła rezon.
— No… zajmowała się domem.
— Od trzydziestu lat wykładam na uczelni.
— To bez znaczenia! — wypaliła Nikola. — Kochamy się. A pani powinna pozwolić mu odejść z godnością.
— Ile masz lat?
— Dwadzieścia siedem — odpowiedziała wyzywająco.
— W twoim wieku też wierzyłam, że świat jest prosty — westchnęła Magdalena. — Powiedz Tomaszowi, że zobaczymy się w sądzie.
Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Magdalena długo stała przed lustrem. Zmarszczki, pojedyncze siwe włosy… Nie była dla tej dziewczyny rywalką. I nie o to przecież chodziło.
— Nie walczę o młodość — powiedziała do swojego odbicia. — Walczę o sprawiedliwość.
Pod wieczór zadzwoniła Aleksandra.
— Pani Magdaleno, dokumenty są gotowe. Jutro składamy pozew.
— Tak szybko?
— Im prędzej, tym lepiej. Nasza pozycja jest mocna. A tak przy okazji — pański mąż próbował się ze mną kontaktować.
— I?
— Straszył. Bezskutecznie. Proszę się nie martwić. Czy jest pani gotowa na rozprawę?
Magdalena zamilkła na moment.
— Nie czuję się gotowa — przyznała szczerze. — Ale nie mam już odwrotu.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— W takim razie jutro zaczynamy — odpowiedziała Aleksandra stanowczo, a Magdalena po raz pierwszy naprawdę poczuła, że zbliża się dzień, w którym wszystko rozstrzygnie się w sądowej sali.
