Minęły dwa miesiące i przepowiednie zaczęły się spełniać. Rozstałam się ze swoim chłopakiem, dostałam się na uniwersytet na kierunek, o którym wcześniej nawet nie myślałam. Po dwóch latach wyszłam za mąż i wyjechałam do innego miasta.
Życie nie było łatwe. Mój syn potrzebował skomplikowanej operacji serca, w krótkim czasie straciłam kilku bliskich, a potem sama stanęłam wobec ciężkiej choroby, której nazwy nawet nie chcę wypowiadać. Ale zawsze pamiętałam słowa tamtej staruszki: „Bóg nie daje prób ponad siły”. I to dodawało mi siły, pozwalało iść dalej i wierzyć w lepsze jutro.
Jeśli chodzi o moją datę urodzenia, tu też nie obyło się bez komplikacji. Pewnego dnia znalazłam w starych dokumentach świadectwo, w którym widniała inna data — dziewiąty maja. Zdezorientowana, zwróciłam się do rodziców.
Okazało się, że żeby dostać większe mieszkanie w zakładzie, mama z pomocą zaprzyjaźnionej lekarki zmieniła dokumenty dotyczące terminu ciąży, a tata załatwił resztę w urzędzie stanu cywilnego. Tak więc oficjalnie „pojawiłam się” na świecie miesiąc wcześniej.
Nie spełniło się tylko jedno przepowiedzenie: moje dzieci nie urodziły się w tym samym roku. Ale może według jakichś niewidzialnych praw losu lata ich narodzin — 1990 i 1993 — są w czymś podobne albo jakoś połączone.
Od tamtej pory minęło wiele lat. Wróciłam w rodzinne strony, tak jak mówiła tamta znachorka. Czasem o niej myślę: kim była?
Skąd wiedziała o mnie tak wiele? Może na świecie są rzeczy, których nie potrafimy pojąć. Ale jedno wiem na pewno: jej słowa pomogły mi przejść przez wszystkie próby i nie złamać się.
