— Czekałam na was — powiedziała, patrząc prosto na nas. — Czego chcecie się dowiedzieć?
Zebrałam się na odwagę i podeszłam bliżej:
— Opowiedz nam o naszej przyszłości.
— Nie przepowiadam przyszłości — odparła. — Tylko Pan Bóg wszystko wie. Ale coś tam widzę. — Spojrzała mi w oczy. — Twoje plany i marzenia wkrótce się zmienią. Za dwa miesiące pójdziesz inną drogą, będziesz się uczyć w innym miejscu, wyjdziesz za mąż za innego człowieka i wyjedziesz do obcego miasta. Będziesz miała dwoje dzieci urodzonych w jednym roku.
— Jak to? Bliźnięta? — zdziwiłam się.
— Nie wiem — uśmiechnęła się tajemniczo. — Potem wrócisz w rodzinne strony. Wiele prób cię czeka, ale pamiętaj: Bóg nie daje doświadczeń ponad siły. Wszystko pokonasz i długo żyć będziesz. Tylko z datą twojego urodzenia jest coś niejasnego. Kiedy się urodziłaś?
— Piątego kwietnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku — odpowiedziałam.
— Nie, w kwietniu tamtego roku nie było cię jeszcze na świecie — pokręciła głową staruszka.
Poczułam się nieswojo. Zakręciło mi się w głowie i Adam wyprowadził mnie na świeże powietrze. Wkrótce wyszły też koleżanki, przyciszone i zamyślone. Wróciłyśmy do obozu w milczeniu.
Oczywiście zauważono nasze zniknięcie i porządnie nam się oberwało. W ramach kary do późnej nocy myłyśmy naczynia w zimnej górskiej rzece, trzęsąc się z chłodu i zmęczenia.
Następnego dnia zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy tą samą drogą z powrotem. Przejeżdżając obok domu znachorki, nie zobaczyliśmy jej, ale na płocie siedziała czarna kotka o niesamowicie niebieskich oczach. Patrzyła prosto na mnie, a po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz.
