Nie bawiły się dzieci, nie było kobiet w ogrodach, ani staruszków na ławkach. Nawet psy nie szczekały. Na nasze pytania przewodnik krótko odpowiedział: „Starowiercy”.
Wieś została za nami i wkrótce zobaczyliśmy starą chałupę z przekrzywionym dachem, zupełnie niepodobną do pozostałych domów.
Przewodnik uśmiechnął się: „Tu mieszka znachorka. Mówią, że ma sto lat, a może i więcej. Leczy wszystkie choroby, przyszłość przewiduje”.
Wieczorem rozbiliśmy obóz niedaleko i moje przyjaciółki — Zuzanna i Laura — razem ze mną zapaliły się do pomysłu odwiedzenia tej zagadkowej staruszki. „Chodźmy do niej, niech nam powróży!” — zdecydowałyśmy, trzy młode głuptaski.
Trener nie pozwolił nam iść i oczywiście nie dał koni. Ale i tak uciekłyśmy, ruszając pieszo. Było trochę straszno iść same, więc namówiłyśmy dwóch chłopaków — Adama i Jana — by nam towarzyszyli.
Dotarliśmy zadziwiająco szybko, jakby ktoś nas popychał naprzód. Na podwórzu przywitała nas staruszka, wcale niepodobna do bajkowej wiedźmy: drobna, wysuszona, z dobrą uśmiechem i w czystej białej chustce. Jej twarz była pokryta zmarszczkami, ale oczy… oczy były młode, jasno niebieskie, jak niebo po burzy.
— Dzień dobry — przywitałyśmy się niepewnie.
— Witajcie, dzieci — odpowiedziała łagodnie. — Wejdźcie do domu.
W środku było zadziwiająco przytulnie: na podłodze leżały tkane chodniki, na ścianach wisiały haftowane ręczniki, a w kącie stały ikony z płonącą lampką oliwną. Babuszka przeżegnała się, a my, zawstydzone, zawahałyśmy się w progu, tracąc całą swoją odwagę.
