To wydarzyło się dawno temu, w beztroskich dniach mojej młodości. W tamtym czasie z zapałem uprawiałam sport i pewnego lata nasza drużyna lekkoatletyczna pojechała na obóz treningowy w Karpaty.
Mieszkaliśmy w namiotach, gotowaliśmy jedzenie na ognisku… prawdziwa romantyka. Byli z nami też chłopcy z sekcji piłkarskiej, więc nie było mowy o nudzie.
Miejscowi mieszkańcy, głównie starsi mężczyźni, pomagali nam: rąbali drewno, pilnowali sprzętu, opiekowali się końmi. Wieczorami zbierali się przy ognisku i opowiadali nam legendy i baśnie ze swojej okolicy.
Wiele z tych historii już zapomniałam, ale jedna zapadła mi w pamięć szczególnie. Mówili o górze, na którą nie wolno się wspinać: zamieszkują ją duchy przodków i tylko u podnóża można zostawiać im dary.
Była też inna góra, której szczyt jest zakazany dla kobiet, i odwrotnie — miejsce, gdzie niezamężne dziewczyny proszą duchy o narzeczonego, a mężatki — o dzieci.

W programie obozu zaplanowano dwudniową wyprawę konną z noclegiem nad miejscową rzeką — jej nazwa, niestety, zatarła mi się w pamięci.
Wyjechaliśmy wczesnym rankiem: trener, około dwudziestu osób z naszej grupy, przewodnicy i konie obładowane sprzętem. Konie szły powoli, nie byliśmy przyzwyczajeni do długiego siedzenia w siodle, dlatego często robiliśmy przerwy.
Gdy dotarliśmy do niewielkiej wioski, przejechaliśmy jej główną ulicą. Domy były solidne, płoty świeżo pomalowane, w ogródkach kwitły kwiaty. Ale coś było nie tak: ani żywej duszy wokoło.
