— Przez niecałe dwadzieścia sześć tysięcy złotych?
— Nie przez pieniądze. Przez kłamstwa. Przez twoje „pakuj swoje rzeczy”. Przez to, że nawet teraz nie przyszedłeś do mnie, tylko po dawną wygodę.
— Kocham cię.
Anna przeniosła wzrok na bukiet.
— Ty kochasz to, że opłacam rachunki, siedzę cicho przy stole i bez zadawania pytań robię przelewy.
— To niesprawiedliwe.
— A sprawiedliwe było nazywanie mnie pasożytem?
Piotr gwałtownie uniósł głowę.
— Ja tego nie powiedziałem.
— Powiedziała to twoja matka. A ty milczałeś. Dla mnie to wystarczy.
Cisnął kwiaty na ławkę.
— No to mieszkaj sobie sama. Zobaczymy, jak długo dasz radę.
— Dam.
— W tych swoich sukieneczkach?
— Właśnie w nich.
Odwrócił się i odszedł szybko, niemal truchtem. Anna nie schyliła się po bukiet. Po chwili z klatki wyszła sąsiadka, zerknęła na róże i spytała:
— To pani?
— Nie — odpowiedziała Anna. — Ktoś pomylił adres.
We wrześniu zaproponowano jej poprowadzenie warsztatów w miejskim centrum rękodzieła. Grupa była niewielka: zwyczajne kobiety, które chciały nauczyć się szyć dla siebie. Anna stanęła przed nimi z miarą krawiecką przewieszoną przez szyję i nagle uświadomiła sobie coś prostego. Nikt nie pytał, komu powinna być wdzięczna. Nikt nie traktował jej pracy jak fanaberii. Nikt nie oczekiwał, że odda własne pieniądze na cudze marzenia.
Po zajęciach podeszła do niej kobieta około sześćdziesiątki.
— Tłumaczy pani tak, jakby uczyła pani całe życie.
— Nie. Po prostu wiele razy zaczynałam od początku.
Kobieta uśmiechnęła się łagodnie.
— To słychać.
Tego wieczoru Anna kupiła sobie nową walizkę. Nie luksusową. Po prostu porządną, ciemnozieloną, z wygodną rączką. Starej, szarej, nie wyrzuciła. Zostawiła ją w schowku u Marii Jabłońskiówny.
— Niech tam będzie — powiedziała. — To ona mnie stamtąd wywiozła.
Maria roześmiała się.
— A ta nowa dokąd pojedzie?
— W podróż. Zapisałam się na targi tkanin w Rzeszowie.
— Sama?
— Sama.
W październiku sąd orzekł rozwód bez krzyków i dramatycznych scen. Piotr przyszedł z Grażyną Michalak. Siedziała obok niego na korytarzu i udawała, że Anny w ogóle nie widzi. Dopiero kiedy Piotr odszedł do okna, teściowa nachyliła się w jej stronę.
— Zadowolona?
— Spokojna.
— Piotruś przez ciebie całkiem się rozsypał.
— Przeze mnie przestał żyć na mój koszt.
— Jesteś okrutną kobietą.
Anna wsunęła dowód do torebki.
— Nie. Po prostu nie należę już do was.
Grażyna Michalak otworzyła usta, jakby chciała coś dodać, ale Piotr wrócił. Wyglądał na jednocześnie wściekłego i zagubionego.
— Anka, pytam ostatni raz. Naprawdę nie chcesz dogadać się jak normalni ludzie?
— W jakiej sprawie?
— No… chociaż pomóc mi spłacić zadłużenie za samochód. Tyle lat byliśmy razem.
Spojrzała na niego bez gniewu.
— Piotrze, najpierw chciałeś ode mnie prawie dwadzieścia sześć tysięcy złotych dla swojej matki. Potem oboje próbowaliście udawać, że to ja rozbiłam rodzinę. A teraz prosisz, żebym zamknęła dług za samochód. Czy choć raz przyszedłeś po prostu przeprosić?
Odwrócił wzrok.
— Przecież mówiłem, że mnie poniosło.
— To nie są przeprosiny.
— Czego ty jeszcze chcesz?
— Niczego. I właśnie na tym polega różnica.
Po rozwodzie Anna wyszła przed budynek sądu. Dzień był suchy, chłodny, zwyczajny. Bez szczególnego piękna, bez uroczystej muzyki, bez znaków z nieba. Po prostu dzień, w którym długa historia dobiegła końca.
Doszła na przystanek, ale nie wsiadła do pierwszego autobusu. Wyjęła telefon i zadzwoniła do Marii.
— Już.
— Jak się trzymasz?
Anna spojrzała na swoje odbicie w szybie wiaty. Kasztanowe włosy miała spięte w kok, płaszcz zapięty pod szyję, a w dłoni trzymała nową ciemnozieloną walizkę przygotowaną na wyjazd.
— Równo.
— Przyjedź. Uczcimy to herbatą.
— Przyjadę. Tylko najpierw zajrzę do pracowni. Czeka tam zamówienie.
— Ty jesteś niereformowalna.
— Przeciwnie. Właśnie wreszcie się naprawiłam.
Tydzień później Piotr przysłał krótką wiadomość: „Mama mówi, że mimo wszystko mogłabyś pomóc Kornelii Kowalczykównie. Ona niczemu nie jest winna”.
Anna przeczytała ją i po raz pierwszy od dawna nie zaczęła układać odpowiedzi tak, żeby nikogo nie urazić. Napisała tylko:
„Moje pieniądze nie rozwiązują już problemów waszej rodziny”.
Potem schowała telefon do torebki.
W pracowni unosił się zapach nowej tkaniny i pary z żelazka. Na stole leżał wykrój granatowej sukienki dla kobiety, która po przejściu na emeryturę postanowiła wystąpić na scenie w amatorskim teatrze. Anna przesunęła dłonią po materiale, sprawdziła linię ramion i uśmiechnęła się pod nosem.
Za oknem ktoś głośno się sprzeczał. W sąsiedniej sali śmiały się kursantki. Życie toczyło się dalej — bez Piotra, bez Grażyny Michalak, bez próśb o „pilny przelew” i bez cudzych długów.
Anna zapaliła lampę.
Nożyce pewnie ułożyły się w jej dłoni.
Stara szara walizka została w przeszłości. A te prawie dwadzieścia sześć tysięcy złotych nadal leżało na jej koncie. Nie jako zemsta. Nie jako dowód czyjejkolwiek winy. Raczej jak ciche oparcie kobiety, która w porę usłyszała prawdę i wreszcie wybrała samą siebie.
