Obejmował również kwestie dostępu do zamkniętych projektów i poufnych opracowań. Dawniej Daniel Czarnecki prychał na to i nazywał wszystko papierologią. Tego dnia ta sama „papierologia” zamieniła się w mur, którego nie dało się przeskoczyć.
W dużej sali konferencyjnej zajęło miejsca pięć osób.
Ja. Marcin Stępień. Joanna Jaworskiówna. Ryszard Rutkowski, inwestor mniejszościowy. Oraz Szymon Białek, szef bezpieczeństwa informacji.
Daniel najpierw oznajmił, że nie wejdzie.
Po kilku minutach jednak się pojawił. Odsunął sobie krzesło od stołu, jakby samym ustawieniem chciał pokazać, że nie należy do tego grona i nie uznaje zasad tej rozmowy. Jolanta Czarneckiówna została na korytarzu. Poproszono ją o wyjście po tym, jak po raz drugi próbowała wejść Joannie Jaworskiównie w słowo.
— Porządek posiedzenia jest wszystkim znany — powiedziałam. — Zaczynamy.
Daniel parsknął cicho.
— Aleksandra postanowiła urządzić rodzinny trybunał.
— Posiedzenie korporacyjne — sprostowała spokojnie Joanna Jaworskiówna. — Oceny rodzinne nie znajdą się w protokole.
Ryszard Rutkowski oderwał wzrok od wydruku, który leżał przed nim.
— Danielu, czy dobrze rozumiem, że to pan wystawił swojej matce dostęp gościa?
— Tak. I co z tego?
— Wiedział pan, że ta sala ma status strefy zamkniętej?
— To moja matka.
— To nie jest odpowiedź — odezwał się Marcin Stępień.
Daniel przeniósł spojrzenie na mnie.
— Widzę, że nagle wszyscy nabrali odwagi.
Nie odpowiedziałam.
Joanna Jaworskiówna uruchomiła na ekranie krótki fragment nagrania. Bez zbędnych scen, bez komentarzy i bez długiego przewijania. Korytarz. Wejście do sali. Ruch ręki Jolanty Czarneckiówny. Laptop spadający ze stołu. Stop-klatka.
— Uszkodzenie mienia spółki zostało zarejestrowane — oznajmiła. — Dostęp gościa wystawił Daniel Czarnecki. Przepustki Aleksandry użyto do wejścia do strefy zamkniętej o dziewiątej pięćdziesiąt dwie. Według dziennika kontroli był to stary identyfikator kierownika, który powinien zostać zwrócony i unieważniony.
Szymon Białek dodał rzeczowym tonem:
— O dziesiątej zero cztery z konta Daniela Czarneckiego wysłano żądanie eksportu listy repozytoriów. System je odrzucił z powodu niewystarczających uprawnień. Minutę przed wejściem Jolanty Czarneckiówny do sali próbował otworzyć sekcję z materiałami do zgłoszeń patentowych.
Daniel wyprostował się gwałtownie.
— To dostęp służbowy. Jestem zastępcą dyrektora.
— Zastępca dyrektora nie ma prawa obchodzić poziomów uprawnień — odparł Szymon.
— Ty też jesteś teraz przeciwko mnie?
— Jestem za bezpieczeństwem systemu.
Daniel zacisnął usta.
Otworzyłam teczkę, którą miałam przed sobą. W środku leżała umowa korporacyjna z marca dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku. Obok niej — porozumienie opcyjne.
Oba dokumenty Daniel podpisał własnoręcznie. Wtedy się uśmiechał. Mówił, że to tylko formalność. Bardzo zależało mu wtedy na tym, by nazywano go „partnerem”, ale nie chciał wnieść do firmy pieniędzy. Zaproponowałam więc przejrzyste rozwiązanie: udział w biznesie poprzez pakiet opcyjny po pięciu latach pracy, pod warunkiem braku działań zawinionych przeciwko spółce.
Te osiemnaście procent Daniel od dawna określał jako „swoją część”. Chwalił się nią na spotkaniach. Potrafił rzucić przy moim zespole: „Aleksandra w końcu się zmęczy, a wtedy przejmę wszystko na siebie”. Słyszałam to nie raz.
I zdecydowanie zbyt długo milczałam.
— Danielu Czarnecki — powiedziała Joanna Jaworskiówna — punkt siedem dwa porozumienia opcyjnego. Zdarzenie dotyczące nierzetelnego uczestnika. Umyślne uszkodzenie mienia spółki albo pomoc w doprowadzeniu do takiego uszkodzenia. Naruszenie zasad dostępu. Próba nieuprawnionego pozyskania materiałów poufnych. Skutek: wygaśnięcie prawa do przyjęcia opcji oraz wyzerowanie wszystkich niewypłaconych premii powiązanych z przyszłym udziałem.
— To tylko papierki — rzucił Daniel.
— To twój podpis — odpowiedziałam.
Spojrzał na mnie.
Po raz pierwszy tego ranka zobaczyłam na jego twarzy prawdziwe zagubienie. Nie skruchę. Nie żal. Po prostu kalkulacja, która nagle przestała się zgadzać.
— Nie możesz tego zrobić — powiedział cicho.
— Nie ja mogę. Może to umowa. I rada dyrektorów.
— Przygotowałaś to specjalnie.
— Przygotowywałam firmę do wzrostu. Ty przez cały czas uważałeś, że buduję klatkę dla ciebie.
Ryszard Rutkowski stuknął długopisem o blat.
— Dla porządku protokołu doprecyzuję. Nie mówimy o odebraniu zarejestrowanego udziału w kapitale zakładowym. Chodzi o wygaśnięcie prawa opcyjnego Daniela Czarneckiego oraz zakończenie jego udziału menedżerskiego w programie partnerskim. Zgadza się?
— Zgadza się — potwierdziła Joanna Jaworskiówna. — Daniel Czarnecki nie ma zarejestrowanego udziału w kapitale zakładowym. Ma prawo uzyskać go w przyszłości, pod warunkiem spełnienia określonych wymogów. Warunki zostały naruszone.
Daniel zerwał się z krzesła.
— Czyli przez lata mówiłaś, że jestem partnerem, a teraz twierdzisz, że jestem nikim?
Zamknęłam teczkę.
— Przez lata dawałam ci szansę, żebyś tym partnerem został. Wprowadziłeś do strefy zamkniętej swoją matkę, przekazałeś jej moją przepustkę, dopuściłeś do zniszczenia sprzętu służbowego i próbowałeś wykorzystać to jako narzędzie nacisku. To nie jest partnerstwo.
— Mama po prostu straciła panowanie nad sobą!
— W protokole znajdzie się zapis: osoba postronna uszkodziła mienie firmy. Zastępca dyrektora zapewnił jej dostęp i nie zapobiegł incydentowi.
— Nie udawaj teraz żony. Bez mnie nie utrzymasz tej firmy.
Marcin Stępień podniósł głowę.
— Pracuję tutaj od dwunastu lat. Tę firmę utrzymuje Aleksandra. Nie rodzinne rozmowy.
Daniel wbił w niego wzrok.
— Zdrajca.
— Pracownik — odpowiedział Marcin Stępień.
Przeszłam do głosowania.
Pierwszy punkt: zablokowanie Danielowi Czarneckiemu dostępu do wszystkich systemów wewnętrznych do czasu zakończenia postępowania służbowego.
Drugi: odsunięcie Daniela Czarneckiego od stanowiska zastępcy dyrektora ze skutkiem od dzisiaj.
Trzeci: stwierdzenie wystąpienia zdarzenia nierzetelnego uczestnika w rozumieniu porozumienia opcyjnego.
Czwarty: wygaśnięcie jego prawa do otrzymania pakietu opcyjnego w wysokości osiemnastu procent.
Piąty: skierowanie do niego roszczenia o naprawienie szkody poniesionej przez spółkę.
Szósty: przekazanie materiałów dotyczących incydentu zewnętrznemu prawnikowi w celu podjęcia dalszych działań.
Głosowaliśmy osobno nad każdym punktem.
Za. Za. Za. Za.
Daniel milczał. Patrzył tylko na moje dłonie. Najwyraźniej wciąż liczył na czyjeś zawahanie.
