Noc. Michał, chełpiący się swoim „dobytkiem” niemal do kolan, tkwił właśnie przy żonie sąsiada i syczał jej prosto do ucha:
— Katarzyno, tylko ani piśnij, bo moja baba zaraz coś usłyszy.
Katarzyna milczała jak zaklęta, zaciskając szczęki tak mocno, jakby miała między zębami gwóźdź.
I nagle… zza ściany huknęło potężne, przeciągłe kichnięcie.
Kobieta zesztywniała, oczy zrobiły jej się okrągłe ze strachu, a Michał w jednej chwili zmienił się w posąg wykuty z granitu. Po chwili rozległy się kroki. Ciężkie, powłóczyste, coraz bliższe, dochodzące od strony korytarza. Drzwi sypialni jęknęły obrzydliwie na zawiasach i uchyliły się, a w ciemności wyłoniła się czyjaś sylwetka. To była Agnieszka, prawowita małżonka Michała; w jednej dłoni trzymała zapaloną świecę, w drugiej pustą, obitą emaliowaną miskę.

— Michał! — wyszeptała złowieszczo, mrużąc oczy i próbując przebić wzrokiem mrok. — Gdzieś ty się zapodział? Czekam i czekam, a ciebie nie ma. Zamknąłeś piwnicę na zasuwę? Bo kozie chyba siano się skończyło.
Michał, któremu ze strachu cały „dobytkowy majestat” skurczył się do rozmiarów wróblego kolanka, w panice zaczął gorączkowo zbierać myśli.
Płomyk świecy migotał po ścianach i z każdą chwilą przesuwał się bliżej łóżka. Położenie robiło się naprawdę rozpaczliwe: wystarczyłoby, żeby Agnieszka postąpiła jeszcze dwa, może trzy kroki, a od razu zobaczyłaby, że jej ślubny wcale nie leży u siebie i nie ma nic wspólnego z pilnowaniem piwnicznych zasuw.
Wtedy Katarzyna wykazała się refleksem godnym podziwu. Wyprostowała się gwałtownie, porwała poduszkę leżącą obok i nakryła nią Michała razem z głową, po czym wydała z siebie głośne, przesadzone chrapanie, jakby zapadła w sen tak głęboki, że nie obudziłby jej nawet koniec świata.
Michał pod poduszką omal się nie udusił, ale ani drgnął. Zamarł posłusznie, bojąc się nawet nabrać powietrza.
— Katarzyna? — Agnieszka zatrzymała się w progu i podejrzliwie zmrużyła oczy, patrząc na łóżko. — A niech ją… śpi jak kamień. To gdzie mój się podział?
W tej samej chwili z podwórza dobiegł potężny łomot. To sąsiedzki Burek postanowił przepędzić kota, który zwabił się pod dom. Agnieszka aż podskoczyła.
— No tak, pewnie na dworze — mruknęła do siebie. — Znowu za szopą z chłopami bimber ciągnie. Ja mu jeszcze pokażę…
Agnieszka odwróciła się w stronę wyjścia.
po czym szybkim, szurającym krokiem ruszyła dalej i z całej siły, choć ostrożnie, domknęła za sobą drzwi.
Gdy tylko odgłos jej kroków rozpłynął się w ciszy, Michał wysunął głowę spod poduszki. Oddychał ciężko, jakby przebiegł pół wsi, i rękawem ścierał z czoła lodowaty pot. Cały jego wcześniejszy zapał ulotnił się w jednej chwili.
— Uff… — sapnął ledwie słyszalnie, zsuwając się z łóżka i w panice wciągając spodnie. — Mało brakowało, a serce by mi stanęło. Koniec, Katarzyna, co za dużo, to niezdrowo. Wyskakuję przez okno.
— Jakie okno, cymbale! — syknęła Katarzyna, która wreszcie oprzytomniała. — Tam jest trzymetrowy płot, a pod nim uwiązany Burek! Idź przez werandę, tylko bez hałasu!
Michał zgiął się prawie wpół i, stawiając kroki jak złodziej, podkradł się do wyjścia. Uchylił ostrożnie drzwi prowadzące na werandę, po czym wymknął się w chłodną noc. Szczęście mu dopisało, bo Agnieszka zdążyła już zapuścić się głębiej między grządki, szukając go za domem. Z trudem przerzucił nogę przez niewysokie ogrodzenie oddzielające ich podwórka, na palcach wbiegł do własnej chałupy, wskoczył do łóżka w ubraniu i butach, naciągnął kołdrę aż po nos i zacisnął powieki. Minęły równo dwie minuty.
Wtedy drzwi wejściowe huknęły o ścianę, jakby ktoś chciał wyrwać je razem z futryną. Do izby wpadła Agnieszka, czerwona ze złości i ciężko dysząca.
— Michał! Ty łajdaku jeden, gdzieś ty się podziewał?! — wrzasnęła i jednym szarpnięciem ściągnęła z niego kołdrę.
Michał przeciągnął się teatralnie, ziewnął szeroko, przetarł powieki i ułożył twarz w wyraz najgłębszego, sennego oburzenia.
— A-agnieszka? Co ty wyprawiasz po nocy? — wymamrotał niewinnie. — Przecież ja tu śpię od dobrych trzech godzin, już dziesiąty sen oglądam… Jaka łaźnia, jaki bimber?
Agnieszka spuściła wzrok i nagle znieruchomiała. Spod kołdry wystawały robocze buty Michała, całe oblepione świeżą ziemią, mokrą trawą i błotem.
— Śpisz, tak? — zapytała cicho, a w jej głosie zabrzmiało coś tak lodowatego, że aż ciarki przechodziły po plecach. — W buciorach? W kurtce? I jeszcze powiedz mi, dlaczego śmierdzisz perfumami Katarzyny?!
Michał pojął, że dalsze kłamstwa nie mają najmniejszego sensu. Dotarło do niego też, że tej nocy jego „majątek” ucierpi znacznie bardziej niż dobre imię. Zacisnął więc powieki i przygotował się na nieuniknione. Sekundę później po całej wsi poniósł się głuchy łomot emaliowanej miednicy o czyjąś pustą głowę, stawiając donośną, ostateczną kropkę nad tą nocną awanturą.
