— Przepraszam.
— W porządku — odparła Maja i odprowadziła Zuzannę do drzwi.
Mniej więcej miesiąc później, między regałami w supermarkecie, Maja natknęła się na Pawła Ostrowskiego. Z trudem go poznała. Był wyraźnie szczuplejszy, blady, jakby od dawna nie spał porządnie.
— Maja! — ożywił się na jej widok. — Co u ciebie?
— Jakoś leci. A u ciebie?
Paweł skrzywił się i bezradnie machnął ręką.
— Ewelina odeszła. Miała dosyć moich kłamstw i skąpstwa.
Maja nie odpowiedziała. Patrzyła na niego spokojnie, bez triumfu, ale też bez współczucia.
— Wiesz… wtedy naprawdę zachowaliśmy się podle — ciągnął po chwili. — Kiedy przyszliśmy z Zuzanną do waszego domu. Byliśmy zwyczajnie bezczelni. Jak ostatnie świnie.
— Było, minęło — powiedziała krótko.
— Widziałaś ostatnio Michała?
— Nie. I nie zamierzam.
— I bardzo dobrze. Stoczył się zupełnie. Stracił pracę, pije. A tamta dziewczyna zniknęła, gdy tylko skończyły się pieniądze. Teraz siedzi matce na karku.
Maja skinęła głową. W środku nie poruszyło się nic. Żadnego żalu, żadnego smutku.
— Muszę już iść — powiedziała i ruszyła w stronę wyjścia.
— Maja! — zawołał za nią Paweł.
Odwróciła się.
— Dobrze zrobiłaś, że od niego odeszłaś — powiedział ciszej. — Naprawdę dobrze.
Jej własne życie zaczęło się powoli układać. W pracy dostała awans, zapisała się na kurs francuskiego, znowu zaczęła chodzić do teatru. Wszystko to odkładała latami, bo przy Michale zawsze było coś ważniejszego: jego potrzeby, jego zachcianki, jego rodzina, jego pretensje.
Pewnego wieczoru, kiedy wracała do domu, zobaczyła pod klatką znajomą sylwetkę. Michał. Stał zgarbiony, wychudzony, nieogolony, w pogniecionej kurtce.
— Maja… — rzucił się w jej stronę. — Majka, wybacz mi!
— Odejdź, Michał.
— Ja wszystko zrozumiałem! Byłem idiotą! Proszę cię, przebacz!
— Michał, jest za późno. Idź stąd.
— Ale ja cię kocham!
Maja zatrzymała się i spojrzała na niego uważnie od stóp do głów.
— Nie, Michał. Ty kochasz wyłącznie siebie. Teraz po prostu szukasz kogoś, kto znowu będzie ci usługiwał. Tym kimś nie będę ja.
— Daj mi jeszcze jedną szansę!
— Dawałam ci ich setki. Każdą zmarnowałeś. Zniknij.
Michał spróbował chwycić ją za rękę, lecz Maja natychmiast się odsunęła.
— Nie waż się mnie dotykać. Jeszcze raz to zrobisz, a zadzwonię po policję.
— Jesteś okrutna! — wrzasnął. — Nie masz serca! To przez ciebie wszystko straciłem!
— Nie przeze mnie — odpowiedziała spokojnie. — Przez siebie. Przez swoją chciwość, egoizm i pogardę dla innych ludzi. Dostałeś dokładnie to, na co sam zapracowałeś.
Minęła go bez dalszych słów i weszła do klatki. Michał został na zewnątrz, w deszczu, który właśnie zaczynał padać.
Rok później Maja poznała Jana Nowakowskiego, kolegę z sąsiedniego działu. Był uważny, traktował ją z szacunkiem i nigdy nie żądał od niej rzeczy niemożliwych.
Kiedy brali ślub, przyszła nawet Zuzanna. Szczerze cieszyła się szczęściem Mai. Paweł przysłał kartkę z miasta, do którego przeprowadził się po rozwodzie.
O Michale zaś Maja nie słyszała już prawie nic. Ktoś wspomniał, że wyjechał gdzieś do pracy, lecz nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca. W każdym nowym otoczeniu prędzej czy później wychodziły z niego te same cechy: zachłanność, pycha i brak szacunku do ludzi.
Czasami, siedząc w ciepłym salonie swojego nowego domu, Maja wracała myślami do tamtego dnia, gdy Michał kazał jej nakarmić krewnych z pustych szafek. Właśnie wtedy coś się w niej przełamało. To był punkt zwrotny jej życia. Dzień, w którym odmówiła dalszego upokarzania. Dzień, w którym wybrała siebie.
— O czym tak myślisz? — zapytał Jan Nowakowski, siadając obok i obejmując ją ramieniem.
— O życiu — uśmiechnęła się Maja.
— Zamówimy pizzę? Czy coś ugotujemy?
— Ugotujmy. Razem.
— Razem — zgodził się i pocałował ją w czubek głowy.
Maja wtuliła się w niego spokojnie. Jej życie wreszcie skręciło we właściwą stronę. A gdzieś daleko, w ciemnym kącie przeszłości, został człowiek, który nigdy nie pojął najprostszej prawdy: miłości i szacunku nie da się wymusić. Trzeba na nie zasłużyć.
