Jedynym naprawdę żywym, szczerym ruchem w tej kuchni była cienka smużka pary unosząca się znad porcelany.
Adrianna odczekała, aż Renata Sobczakówna przerwie swój wywód, by zaczerpnąć tchu. Dopiero wtedy spojrzała jej prosto w oczy. Milczenie przeciągnęło się o kilka długich sekund. Teściowa pojęła wreszcie, że słodkie perswazje nie trafiają do celu, więc w jej głosie pojawiła się twardsza nuta.
— Adrianko, Tomeczkowi jest teraz bardzo ciężko. On szuka siebie, a ty powinnaś go wesprzeć, zrozumieć, w jakim jest położeniu…
To zdanie, wypowiedziane tym lepkim, przesłodzonym tonem, zadziałało jak naciśnięcie spustu. Adrianna z niemal pokazową ostrożnością odstawiła czajnik na podkładkę. Suche, ostre stuknięcie plastiku przecięło kuchenną ciszę niczym wystrzał.
Odwróciła się powoli. Z jej twarzy zniknęły ostatnie ślady gościnnej uprzejmości. Spojrzenie miała proste, zimne i wbite w teściową. Tomasz instynktownie skulił szyję, jak człowiek, który nagle wyczuł zmianę ciśnienia przed burzą.
— Renata Sobczakówna, proszę darować sobie te „Adrianki” — powiedziała Adrianna równo, bez cienia wzruszenia, a właśnie przez ten spokój zabrzmiała jeszcze groźniej. — Pani syn ma czterdzieści lat. Nie jest zagubionym szczeniakiem, którego trzeba ratować, głaskać po łebku i karmić z ręki.
Wyjaśniłam mu wszystko bardzo jasno, i to bez pani aluzji oraz teatralnych westchnień. Albo jutro idzie na jakąkolwiek rozmowę o pracę — naprawdę jakąkolwiek, choćby na magazyniera czy kuriera — albo pakuje swoje rzeczy i przenosi się do pani, żeby tam kontynuować swoje wielkie poszukiwania sensu życia.
Z twarzy Renaty Sobczakówny natychmiast odpadła maska współczucia. Spod niej wyszła twardość i urażona niechęć. Kobieta wyprostowała się na krześle, jakby nagle urosła i zamierzała przygnieść przeciwniczkę samą swoją postawą.
— Jak ty w ogóle śmiesz…
— Właśnie tak śmiem — przerwała jej Adrianna, nadal nie podnosząc głosu. Zrobiła krok w stronę stołu i oparła o blat czubki palców. — To pani go tak wychowała, więc proszę teraz przyjąć skutki własnej pracy. Ja wychodziłam za mąż za dorosłego mężczyznę, za partnera, a nie za projekt wysokiego ryzyka, który wymaga niekończących się inwestycji bez żadnej szansy na zwrot. Na mojej szyi nie ma już miejsca na dodatkowy balast.
Słowo „balast” zawisło między nimi ciężko i nieruchomo. Tomasz drgnął, jakby ktoś wymierzył mu policzek, i wreszcie wydał z siebie głos.
— Adrianna, no jak możesz tak mówić… przy mamie…
Żadna z kobiet nawet na niego nie spojrzała. Starcie toczyło się już między nimi, a jego żałosne mamrotanie stało się jedynie mało istotnym szumem w tle.
— Zawsze wiedziałam, że nie masz serca — syknęła Renata Sobczakówna, zwężając oczy. — Ty masz w głowie kalkulator. Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. A dusza? Czy ty w ogóle rozumiesz, czym jest twórcze wypalenie? To nie jest lenistwo! To stan człowieka, który oddał pracy całego siebie, a teraz musi się odbudować, napełnić od nowa, odzyskać siły! A ty mu wyskakujesz z rozmowami kwalifikacyjnymi! Chcesz, żeby geniusz rozwoził pizzę?!
Adrianna zaśmiała się krótko, prawie bezgłośnie. Ten śmiech był bardziej niepokojący niż krzyk.
— Geniusz? Renata Sobczakówna, proszę mnie nie rozśmieszać. Pani syn nie ma subtelnie nastrojonej duszy. On ma grubą warstwę infantylizmu, którą pani troskliwie nawoziła przez całe jego czterdzieści lat życia. Od dzieciństwa biegała pani za nim z placuszkami, strzepywała niewidzialne pyłki z jego ramion i powtarzała, jaki jest wyjątkowy oraz niezrozumiany. No i wyrósł dokładnie na takiego człowieka — absolutnie przekonanego o własnej niezwykłości, której nie potrafi poprzeć niczym poza ciężkimi westchnieniami nad wystygłą kawą. Jego „wypalenie” zaczęło się w dniu, w którym ktoś poprosił go o wzięcie odpowiedzialności.
Każde zdanie padało precyzyjnie, chłodno, jak odmierzone uderzenie. Adrianna nie wpadała w oskarżycielski ton. Ona tylko stwierdzała fakty, a ta lodowata rzeczowość upokarzała bardziej niż najgłośniejsza awantura. W kilku słowach osądziła nie tylko Tomasza, lecz także cały wychowawczy dorobek jego matki.
— Mój syn jest utalentowanym człowiekiem! — Renata uderzyła dłonią w stół tak mocno, że filiżanki podskoczyły. — A ty jesteś bezduszną, zachłanną wiedźmą, która nie umie docenić talentu! Dla ciebie liczy się tylko to, żeby przynosił pieniądze do domu. To, co dzieje się w jego wnętrzu, w ogóle cię nie obchodzi!
— Dokładnie — przytaknęła Adrianna spokojnie. — Nie interesuje mnie wnętrze człowieka, który od dwóch tygodni leży na kanapie, podczas gdy jego żona pracuje, żeby opłacić mieszkanie, w którym on tak wygodnie leży. Dlatego proszę nie pouczać mnie o kobiecej mądrości. Swoją wersję tej mądrości zdążyła pani już wprowadzić w życie.
