Na kartce stało tylko kilka zdań:
„I tak dopnę swego. Jeśli nie po dobroci, to przez sąd”.
Nazajutrz w mieszkaniu pojawiła się Renata Górskiówna, jej teściowa. Nie zadała sobie trudu, by czekać na zaproszenie. Weszła bez pukania, jakby od zawsze miała do tego prawo — zresztą klucz, nie wiadomo jakim sposobem, wciąż znajdował się w jej posiadaniu. Matka Zuzanny próbowała zagrodzić jej drogę i coś powiedzieć, ale kobieta minęła ją z taką pewnością siebie, jakby przekraczała próg własnego salonu.
— Zuzanno — zaczęła swoim wysokim, chropawym głosem — ty po prostu niczego nie rozumiesz. Rodzina to nie tylko mąż i żona. Rodziną jesteśmy wszyscy. Zawsze trzymaliśmy się razem, zawsze sobie pomagaliśmy. Masz obowiązek wesprzeć Daniela Jankowskiego, inaczej Bóg ci tego nie daruje.
Zuzanna podniosła się z miejsca. Czuła, że resztki cierpliwości właśnie się w niej wypalają.
— Renato Górskiówno, to są moje pieniądze. Babcia zostawiła je mnie. Nie pani synowi, nie Danielowi Jankowskiemu, tylko mnie.
Teściowa zmrużyła oczy, a jej twarz stężała.
— Pieniądze są próbą charakteru. A ty tej próby nie zdałaś. Zrobiłaś się skąpa jak twój ojciec — niech mu ziemia lekką będzie.
Te słowa uderzyły Zuzannę tak boleśnie, jakby ktoś wbił jej nóż pod żebra. Przez ułamek sekundy była gotowa rzucić się na kobietę, ale matka stanęła między nimi.
— Dość! — powiedziała twardo. — W tym mieszkaniu to ja jestem gospodynią. Proszę stąd natychmiast wyjść.
Renata Górskiówna uniosła ręce, zaczęła krzyczeć o niewdzięczności, przekleństwach i zepsuciu, po czym trzasnęła drzwiami tak mocno, że z sufitu posypały się drobinki tynku.
Tego samego wieczoru Zuzanna pakowała swoje rzeczy do nowej torby. Podjęła już decyzję: wynajmie pokój albo małe mieszkanie, by nie wciągać matki jeszcze głębiej w ten koszmar. Właśnie składała sweter, kiedy telefon znów zawibrował. Na ekranie pojawił się nieznany numer.
— Słucham? — odezwała się ostrożnie.
— Czy rozmawiam z Zuzanną Góreckiówną? — zapytał młody, dźwięczny kobiecy głos. — Mam na imię Oliwia Brzezińskiówna. Pani mnie nie zna. Jestem sąsiadką Daniela Jankowskiego.
Zuzanna wyprostowała się natychmiast, czując narastającą nieufność.
— Czego pani ode mnie chce?
— Chciałam tylko panią uprzedzić. Dziś wieczorem siedział z kolegami przed blokiem i bardzo głośno opowiadał, jak można by z pani „wytrząsnąć” te pieniądze. Mówił, że zna kogoś, kto potrafi załatwiać takie sprawy. Wyglądało na to, że nie żartuje.
Zuzanna podziękowała, zakończyła rozmowę i ciężko opadła na kanapę. Serce waliło jej jak oszalałe. Wiedziała, że Daniel Jankowski nie był jedynie leniwy. On zawsze wybierał najłatwiejszą drogę. A jeśli ktoś podsunąłby mu rozwiązanie siłowe, przyjąłby je bez większego namysłu.
Następnego dnia poszła do prawnika poleconego przez koleżankę z pracy. Gabinet był ciasny, zastawiony starymi książkami, a w powietrzu mieszał się zapach papieru i kawy. Mężczyzna po czterdziestce, w okularach, o skupionym spojrzeniu, wysłuchał jej uważnie od początku do końca.
— Spadek stanowi pani majątek osobisty — powiedział, przeglądając dokumenty. — Proszę się jednak przygotować na naciski emocjonalne. Mogą również próbować drogi sądowej, powołując się na więzi rodzinne i twierdząc, że część środków powinna zostać przeznaczona na wspólne potrzeby. Prawnie to dla nich sprawa raczej przegrana, ale nerwów pani nie oszczędzą.
Zuzanna spuściła wzrok.
— Jestem już tym wszystkim wykończona. Ale nie oddam im tych pieniędzy.
Prawnik skinął głową.
— I słusznie. Jest jeszcze jedna rzecz — nagle uśmiechnął się lekko. — Musi pani przestać zachowywać się jak ofiara. Sama obrona nie wystarczy. Trzeba zacząć działać.
Te zdania utkwiły Zuzannie w głowie.
Wieczorem znów wyjęła kopertę od babci. Czytała zapisane tam słowa na głos, powoli, niemal jak modlitwę:
„Nie dawaj ich tym, którzy przywykli żyć cudzym kosztem. Pamiętaj: zostawiłam je tobie — żebyś mogła przeżyć własne życie”.
I wtedy Zuzanna niespodziewanie przypomniała sobie dziwnego mężczyznę z goździkami. Jego twarz, spojrzenie, sposób, w jaki wypowiadał każde słowo. Nie powiedział jej wszystkiego. Kryło się tam coś jeszcze — jakaś tajemnica, coś przemilczanego.
Następnego dnia postanowiła go odnaleźć.
Ruszyła starymi uliczkami miasta, w stronę okolicy, w której kiedyś mieszkała jej babcia. Na małym podwórku za obdrapaną kamienicą zobaczyła starszą kobietę siedzącą na ławce. Podeszła do niej i zapytała:
— Przepraszam, może pani wie, kim mógł być pewien mężczyzna… Przyszedł do mnie i powiedział, że znał moją babcię.
Staruszka przymrużyła oczy.
— Wysoki, siwy, w prochowcu? To zapewne Józef Urbański.
