Potem wstał, jakby dopiero teraz odzyskał władzę nad ciałem. Poszedł do kuchni, nalał sobie szklankę wody i wypił ją jednym haustem.
– Porozmawiam z nią – powiedział wreszcie.
– Rozmawiasz z nią od siedmiu lat – odparłam zmęczonym głosem. – I przez te siedem lat nie zmieniło się absolutnie nic.
Spojrzał na mnie uważniej niż zwykle. Tak, jakby pierwszy raz od dawna naprawdę mnie zobaczył.
– Agnieszko – odezwał się cicho – przepraszam.
Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się, weszłam do sypialni, zamknęłam drzwi i po raz pierwszy od dnia naszego ślubu przekręciłam klucz w zamku.
Następnego ranka, trzydziestego grudnia, Irena Chmielewskiówna zjawiła się punktualnie o dziewiątej. Przyniosła torby, pudełka i ten swój niezmienny wyraz twarzy kobiety, która z góry wie najlepiej, jak powinien wyglądać świat.
– Dzień dobry, Agnieszko – zaśpiewała słodko, mijając mnie w przedpokoju. – Ojej, a u was znowu tyle kurzu? Przecież mówiłam, że kurze ściera się codziennie.
Bez słowa odebrałam od niej pakunki. Były ciężkie. W jednym znajdowała się jej słynna sałatka jarzynowa, robiona oczywiście „według jedynego właściwego przepisu”. W drugim pobrzękiwały butelki szampana, tego „odpowiedniego”, który, jak twierdziła, podaje się wyłącznie w porządnych domach.
Michał wybiegł przywitać babcię, ale gdy tylko zobaczył moją twarz, natychmiast spoważniał.
– Babciu, będziemy czekać na Mikołaja? – zapytał niepewnie.
– Oczywiście, słoneczko – Irena pochyliła się i pocałowała go w czubek głowy. – Tylko najpierw babcia musi tu wszystko doprowadzić do ładu. Bo mama, jak wiesz… no cóż, sam rozumiesz.
Postawiłam torby na podłodze.
– Pani Ireno – powiedziałam spokojnie – wyjaśnijmy sobie coś raz na zawsze.
Wyprostowała się powoli. Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– To, że to jest mój dom. Moja rodzina. Moje dziecko. I jeżeli jeszcze raz pozwoli sobie pani na choćby jedno obraźliwe słowo pod moim adresem, choćby jedno, więcej nie przekroczy pani tego progu. Ani w Nowy Rok, ani w urodziny, ani na Wielkanoc. Nigdy.
W jej oczach zapalił się zimny, niebezpieczny błysk.
– Grozisz mi?
– Ostrzegam panią – odpowiedziałam. – Jeden jedyny raz. Ostatni.
Już otwierała usta, żeby coś odparować, kiedy w korytarzu pojawił się Tomasz. Miał na sobie domowy sweter, w dłoni trzymał telefon, a w jego spojrzeniu było coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
– Mamo – powiedział cicho – chodź, musimy porozmawiać.
Poszli do kuchni. Drzwi zamknęły się za nimi. Zostałam w przedpokoju z Michałem, który pociągnął mnie za rękaw.
– Mamo, czemu wszyscy się kłócą?
– Bo dorośli czasem zapominają, jak być dla siebie dobrzy – szepnęłam i przytuliłam go mocno, najmocniej jak umiałam.
Z kuchni dochodziły głosy. Najpierw podniesione, potem coraz cichsze. Wreszcie niemal zupełnie przytłumione. A potem zapadła cisza.
Po dwudziestu minutach Tomasz wyszedł sam. Był blady, usta miał zaciśnięte w wąską linię.
– Agnieszko – powiedział – przepraszam. Naprawdę cię przepraszam. Ja… nie wiedziałem, że to zaszło tak daleko.
– Wiedziałeś – odparłam cicho. – Tylko udawałeś, że nie widzisz.
Skinął głową. Powoli, ciężko.
– Naprawię to. Obiecuję.
– W jaki sposób? – zapytałam. – Co możesz zrobić? Przecież to twoja matka.
– Tak, jest moją matką – przyznał. – Ale ty jesteś moją żoną. I wybieram ciebie.
Patrzyłam na niego długo. I po raz pierwszy od wielu lat naprawdę mu uwierzyłam.
Cały trzydziesty grudnia minął nam w dziwnym, napiętym zawieszeniu. Irena Chmielewskiówna krążyła po mieszkaniu jak cień: milcząca, wyprostowana, nadal dumna, ale już bez nieustannych poleceń i krytycznych uwag. Ja gotowałam, sprzątałam, poprawiałam Michałowi kostium zajączka. Tomasz pomagał. Nie mówił wiele, ale był obok i robił wszystko, o co go poprosiłam.
Wieczorem, kiedy układaliśmy syna do snu, nagle zapytał:
– Agnieszko, pozwolisz mi jutro naprawić to naprawdę?
– Jak? – spytałam znowu.
Uśmiechnął się smutno, ale szczerze.
– Zobaczysz.
I rzeczywiście zobaczyłam.
Trzydziestego pierwszego grudnia, o ósmej wieczorem, nasze mieszkanie było pełne ludzi. Przyszły koleżanki Ireny Chmielewskiówny z teatru, wszystkie w eleganckich sukniach, z idealnymi fryzurami i połyskującą biżuterią. Byli nasi znajomi. Sąsiedzi. Przyjechała nawet moja mama z innego miasta, bo Tomasz zaprosił ją sam, po cichu, nie mówiąc o tym nikomu.
Stół uginał się od potraw. Choinka migotała światełkami. Michał, przebrany za zajączka, biegał między gośćmi i zbierał zachwycone komplementy.
Irena Chmielewskiówna siedziała u szczytu stołu, jak zawsze na miejscu królowej. Uśmiechała się, żartowała, nalewała szampana.
Aż w końcu Tomasz wstał.
– Drodzy państwo – powiedział donośnie – przygotowałem małą niespodziankę.
Wszyscy ucichli. Tomasz wyjął telefon i nacisnął przycisk.
W ciszy naszego salonu rozległ się głos Ireny Chmielewskiówny, ten sam, zarejestrowany poprzedniego dnia, zaczynający od słów o tym, co należałoby zrobić z żoną podczas noworocznego wieczoru.
