Na chwilę przed wykonaniem wyroku jego ośmioletnia córeczka nachyliła się i wyszeptała coś, po czym strażnicy dosłownie skamienieli. A dobę później całe władze stanowe musiały wstrzymać wszystko.
Tuż przed tym, jak skazanemu z celi śmierci miano podać śmiertelny zastrzyk, Michał Pawlak wypowiedział ostatnią prośbę. Chciał zobaczyć swoje dziecko — dziewczynkę, której nie trzymał w ramionach od trzech lat.
Słowa, które mała wypowiedziała mu do ucha, rozdarły wyrok wydany pięć lat wcześniej, odsłoniły korupcję sięgającą najwyższych szczebli wymiaru sprawiedliwości i wydobyły na światło dzienne tajemnicę, na którą nikt nie był przygotowany.
Zegar na ścianie wskazywał szóstą rano, gdy strażnicy otworzyli celę Michała Pawlaka. Ostatnie pięć lat spędził w teksańskim więzieniu Huntsville Unit, w oddziale dla skazanych na śmierć.
Przez cały ten czas powtarzał betonowym ścianom, że jest niewinny. One nigdy mu nie odpowiedziały. Teraz, kiedy od zaplanowanej egzekucji dzieliło go już tylko kilka godzin, miał już tylko jedno życzenie.

— Chcę zobaczyć córkę — powiedział ochrypłym głosem. — Tylko jeden raz. Proszę, pozwólcie mi zobaczyć Zofię, zanim to się skończy.
Jeden ze strażników spojrzał na niego ze współczuciem. Drugi tylko pokręcił głową.
Mimo to prośba trafiła na biurko naczelnika więzienia, Andrzeja Wieczorka. Był sześćdziesięcioletnim weteranem służby, który nadzorował więcej egzekucji, niż chciałby pamiętać.
Sprawa Michała od początku nie dawała mu spokoju. Dowody wyglądały na niepodważalne: odciski palców na broni, krew na ubraniu, sąsiad twierdzący, że widział go tamtej nocy, gdy wychodził z domu.
A jednak oczy Michała nigdy nie przypominały oczu mordercy.
Po długiej chwili milczenia Wieczorek wydał polecenie:
— Przyprowadźcie dziecko.
Trzy godziny później na więzienny parking powoli wtoczył się biały samochód należący do służb stanowych.
