„Gdzie podział się ser?” – zapytała Katarzyna, stojąc przy otwartej lodówce i czując narastającą, ciężką złość

To niesprawiedliwe, przerażające wymazywanie mojej pamięci.
Opowieści

– To co, szykujemy przyjęcie? – zdziwił się Piotr, wpatrując się w zapełnione półki.

– Nie. Po prostu uznałam, że przestaję oszczędzać na jedzeniu – odparła Katarzyna Witkowskiówna z lekkim uśmiechem. – Wpadła mi niewielka premia, więc postanowiłam kupić coś porządnego.

Była pewna, że mąż wspomni o „nagrodzie” swojej matce. Zawsze opowiadał jej o wszystkim – bez złych intencji, raczej z przyzwyczajenia. Nie zdawał sobie sprawy, że w ten sposób podsuwa gotową informację.

Nie pomyliła się. Jeszcze tego samego wieczoru, rozmawiając przez telefon, Piotr z entuzjazmem relacjonował:

– Tak, mama, Kasia dostała premię, więc zaszalała z zakupami… Mięso pierwsza klasa, jutro zrobi gulasz. Wpadnij, jak będziesz miała czas, poczęstujemy.

W poniedziałek oboje wyszli do pracy. Tuż przed zamknięciem drzwi Katarzyna włączyła kamerę. Potem przez cały dzień nie mogła się skupić. Co chwilę zerkała na zegarek, wyobrażając sobie, że właśnie teraz ktoś przekręca klucz w zamku.

Piotr tryskał humorem, myśląc o kolacji. Wysłał jej nawet zabawny obrazek w komunikatorze. Zrobiło jej się go żal – nie przeczuwał, jak brutalne rozczarowanie go czeka.

Do mieszkania wrócili razem. W przedpokoju unosił się ciężki, słodkawy zapach dobrze znanych perfum Ewy Górskiównej.

– O, mama była! – ucieszył się Piotr. – Pewnie podlała kwiaty.

Katarzyna nic nie odpowiedziała. Przeszła prosto do kuchni, ale nie otworzyła lodówki. Zamiast tego przyniosła niewielką drabinkę, wspięła się pod sufit i zdjęła ukryte urządzenie.

– Co ty wyprawiasz? – Piotr stanął w drzwiach. – Po co tam wchodziłaś?

– Usiądź, proszę – powiedziała spokojnie, choć dłonie lekko jej drżały. – Musimy coś zobaczyć.

– Zobaczyć? Kasia, ty zainstalowałaś kamerę? To już przesada! Śledzić własną matkę? To jakaś obsesja!

– Jeśli nic nie zrobiła, nie masz się czego obawiać – odparła chłodno. – A jeśli jednak… powinieneś to zobaczyć na własne oczy.

Wsunęła kartę pamięci do laptopa. Piotr stał za jej plecami, napięty jak struna. W jego spojrzeniu była złość i niedowierzanie – był przekonany, że żona popadła w paranoję.

Na ekranie pojawił się obraz kuchni. Czas wskazywał 11:30.

Drzwi się otworzyły. W kadrze stanęła Ewa Górskiówna. Nie miała na sobie domowego swetra, lecz płaszcz. W rękach trzymała dwie duże, kraciaste torby – solidne, zakupowe.

Najpierw podeszła do parapetu i sprawdziła ziemię w doniczce z fikusem. Piotr prychnął z triumfem.

– Widzisz? Mówiłem…

Ale nie sięgnęła po konewkę. Zamiast tego odwróciła się i pewnym krokiem podeszła do lodówki. Otworzyła ją szeroko.

Na nagraniu wyraźnie było widać, jak jej twarz rozjaśnia się zadowoleniem. Postawiła torby na podłodze i zaczęła spokojnie, bez pośpiechu, przekładać zawartość półek do swoich bagaży.

Najpierw ser. Potem wędlina. Następnie paczka wołowiny – zważyła ją w dłoni, jakby oceniała, czy opłaca się ją zabrać, i wylądowała w torbie.

– Mamo… – wyszeptał Piotr. Głos mu zadrżał.

Ewa Górskiówna działała dalej. Do torby trafił pstrąg, kostka masła, a z szuflady na warzywa zniknęła połowa pomidorów i ogórków.

To jednak nie był koniec. Zamknęła lodówkę i zajrzała do szafek. Z półek zniknęła herbata, słoik kawy, bombonierka kupiona do herbaty, a nawet – ku przerażeniu Katarzyny – napoczęta paczka proszku do prania stojąca w kącie.

– Po co jej proszek? – szepnął Piotr bezradnie. – Tydzień temu kupiłem jej pięć kilo…

Na ekranie jego matka dopchała torby, z trudem zasunęła zamki. Wyraźnie były ciężkie. Sapnęła, podniosła je, po czym zrobiła coś, co ostatecznie odebrało Piotrowi resztki złudzeń: z kieszeni płaszcza wyjęła nadgryzione jabłko, położyła je na stole, a w zamian zabrała stojącą tam miseczkę z ciastkami, wysypując zawartość do kieszeni.

Zgasiła światło i wyszła.

Nagranie dobiegło końca. W kuchni zapadła przejmująca cisza. Słychać było jedynie jednostajny szum lodówki – tej samej, która znów świeciła pustkami.

Piotr podszedł do okna i usiadł na parapecie. Siedział tak chwilę, z pochyloną głową. Szczęki miał zaciśnięte, na twarzy malował się ból. W jego oczach rozsypywał się obraz idealnej matki, który nosił w sobie od dziecka.

– Ona nas okrada… – powiedział w końcu ochryple. – Nie dlatego, że nie ma co jeść. Po prostu bierze. Jak szarańcza.

– Dla niej to oczywiste – odparła cicho Katarzyna. – Uważa, że wszystko, co twoje, należy też do niej. A ja… jestem tu tylko dodatkiem.

Blaskot