„Gdzie podział się ser?” – zapytała Katarzyna, stojąc przy otwartej lodówce i czując narastającą, ciężką złość

To niesprawiedliwe, przerażające wymazywanie mojej pamięci.
Opowieści

– Gdzie podział się ser? Przecież wczoraj wieczorem kupiłam cały kawałek, prawie czterysta gramów, specjalnie na kanapki, żebym rano nie musiała niczego smażyć ani gotować.

Katarzyna Witkowskiówna stała przy otwartej lodówce i czuła, jak w środku narasta w niej ciężka, lepka złość. Z wnętrza bił chłód, który szczypał ją w policzki, ale twarz i tak płonęła. Na środkowej półce, gdzie jeszcze wczoraj leżał solidny blok sera w żółtym opakowaniu, teraz zalegała jedynie połówka cytryny i mały słoiczek z resztką koncentratu pomidorowego.

– Może sama go zjadłaś i nie pamiętasz? – dobiegł z salonu głos Piotra Witkowskiego, który w pośpiechu kompletował garderobę do pracy, nerwowo szukając drugiej skarpetki. – A może ja wstałem w nocy… Chociaż nie, tylko napiłem się wody. Kaśka, naprawdę robisz aferę o kawałek sera? Zniknął, to zniknął.

Powoli domknęła drzwi lodówki. Cichy trzask zabrzmiał w porannej ciszy nienaturalnie donośnie. Jednak nie o nabiał chodziło. I nie o wędlinę, która rozpłynęła się trzy dni wcześniej. Nawet nie o drogi słoik kawy rozpuszczalnej, który w tajemniczy sposób opróżnił się do połowy podczas ich nieobecności. Najbardziej przerażało ją to, że zaczynała wątpić w własną pamięć. Wyraźnie widziała w myślach, jak wyjmuje zakupy z toreb, układa je starannie na półkach i planuje posiłki na cały tydzień. A potem – jakby ktoś wymazywał fragmenty rzeczywistości – produkty znikały. Po trochu, bez śladu.

– Piotrze, nie jestem w stanie zjeść pół kilo sera przez jedną noc – weszła do pokoju, ocierając dłonie o kuchenny ręcznik. – Ty też nie. To fizycznie niemożliwe. Tu dzieje się coś dziwnego.

Mąż w końcu wyłowił skarpetkę spod kanapy i z westchnieniem naciągał ją na stopę. Był człowiekiem łagodnym, pracowitym, unikającym sporów. Jedyną rzeczą, w której tracił obiektywizm, była jego matka – Ewa Górskiówna.

– Znowu zaczynasz? – spojrzał na żonę z wyraźnym znużeniem. – Do czego zmierzasz? Że ktoś nam podbiera jedzenie? Może jeszcze duch domowy? A może sugerujesz, że mama coś bierze? Kaśka, proszę cię. Ona ma emeryturę, wystarcza jej na życie. Przychodzi tylko podlać kwiaty i nakarmić Mruczka, kiedy jesteśmy w pracy. Przecież nam pomaga.

– Niczego nie sugeruję – przerwała mu szybko, choć właśnie to miała na myśli. – Zauważ tylko, że jedzenie znika akurat w te dni, kiedy tu zagląda. W zeszły wtorek zniknęła cała laska wędliny. W czwartek – rozmrożony filet z kurczaka, który przygotowałam na kotlety. Teraz ser.

– Może coś przełożyła w inne miejsce? – Piotr poprawiał kołnierzyk koszuli. – Albo Mruczek coś ściągnął?

– Kot otworzył lodówkę, rozpakował ser i go schował? Zastanów się.

– Dobrze, spóźnię się – uciął rozmowę i cmoknął ją w policzek, wyraźnie chcąc uniknąć dalszej dyskusji. – Wieczorem kupimy nowy. Nie denerwuj się. Mama to złoty człowiek, oddałaby ostatnią koszulę, a ty ją o kradzież posądzasz. Wstyd.

Gdy drzwi się za nim zamknęły, Katarzyna osunęła się na krzesło w przedpokoju. W istocie było jej głupio. Ewa Górskiówna sprawiała wrażenie bezbronnej starszej pani: znoszony płaszcz, robiony na drutach beret, niekończące się opowieści o nadciśnieniu i drogich lekach. Mieszkała w bloku obok i miała zapasowe klucze do ich mieszkania – „na wszelki wypadek”, jak nalegał Piotr. Początkowo Katarzyna nie widziała w tym nic złego. To wygodne, gdyby pękła rura albo zostawili włączone żelazko. Ostatnio jednak wizyty te stały się podejrzanie częste.

Pracowała jako księgowa w dużej firmie budowlanej. Precyzja i skrupulatność były podstawą jej zawodu, a przyzwyczajenie do bilansowania przychodów i wydatków nie pozwalało jej ignorować nieścisłości. Znała domowy budżet co do złotówki. Odkładali z Piotrem pieniądze na nowy samochód, dlatego wydatki na żywność miały ścisłe ramy. Tymczasem od dwóch miesięcy ta rubryka puchła bez wyraźnej przyczyny. Gotówka topniała, a lodówka świeciła pustkami.

Tego samego wieczoru wstąpiła do supermarketu. Ceny przyprawiały o zawrót głowy. Przy stoisku z wędlinami długo zastanawiała się nad pieczoną szynką, którą Piotr lubił na śniadanie. Ostatecznie wybrała mniejszy kawałek. Coraz częściej rezygnowała z własnych zachcianek: zamiast ulubionego jogurtu wkładała do koszyka kefir, zamiast łososia – tańszą rybę.

W domu starannie rozpakowała zakupy. Tym razem postanowiła przeprowadzić mały test. Sięgnęła po marker i na spodzie słoika z drogim pasztetem oraz na opakowaniu masła postawiła mikroskopijne kropki, ledwie dostrzegalne gołym okiem. Czuła się przy tym jak bohaterka kiepskiego filmu detektywistycznego, ale potrzebowała dowodu – czegokolwiek, co rozwieje wątpliwości.

Przez kolejne dwa dni panował spokój. Ewa Górskiówna nie pojawiła się w mieszkaniu, a Katarzyna z napięciem zaglądała do lodówki, jakby oczekiwała, że w każdej chwili odkryje coś, co ostatecznie potwierdzi jej podejrzenia.

Blaskot