Pełnomocnik Karola Wysokińskiego beznamiętnym tonem wyliczał żądania. Brzmiały niedorzecznie. Domagał się uznania prawa do połowy mieszkania, argumentując, że w trakcie małżeństwa dokonał „nakładów o charakterze trwałym, nierozerwalnie związanych z nieruchomością, które znacząco podniosły jej wartość”. Po chwili zaczęła się prezentacja owych „inwestycji”: półka zamontowana w łazience, wymiana baterii kuchennej, odświeżenie ściany w salonie, a nawet regularne opłacanie rachunków, co – jak podkreślono – miało przyczyniać się do utrzymania lokalu w należytym stanie.
Kiedy skończył, sędzia — starsza kobieta o zmęczonym spojrzeniu — skierowała wzrok na Aleksandrę Dudekównę.
— Jakie jest pani stanowisko?
Aleksandra podniosła się spokojnie. Nie mówiła o zawodzie miłosnym ani o zdradzie. Posłużyła się językiem, który znała najlepiej — konkretami i dokumentami.
— Wysoki Sądzie — zaczęła rzeczowo. — Roszczenie mojego byłego męża jest całkowicie bezzasadne. Mieszkanie stanowiło moją wyłączną własność jeszcze przed zawarciem małżeństwa, co potwierdza odpis z księgi wieczystej.
Położyła dokument na stole.
— Jeśli zaś chodzi o rzekome „nakłady trwałe” — kontynuowała, podsuwając kolejne papiery — przedstawiam dowody. Paragon za wspomnianą półkę: 800 złotych. Faktura od hydraulika, którego musiałam wezwać po tym, jak były mąż postanowił samodzielnie „naprawić” kran i zalał sąsiadów piętro niżej. Szkody wyniosły 50 tysięcy złotych i zostały pokryte przeze mnie z własnych środków. A tu zdjęcia salonu po jego malowaniu — smugi na ścianach, farba na parkiecie. Konieczne było zatrudnienie ekipy remontowej i ponowne wykończenie całego pomieszczenia.
Na blacie lądowały następne dowody.
— Co do opłat eksploatacyjnych… — pozwoliła sobie na cień uśmiechu. — Oto historia przelewów z ostatnich dziesięciu lat. Dziewięćdziesiąt procent rachunków regulowałam ja. A tu zestawienie wydatków byłego męża w tym samym czasie. Jak widać, środki przeznaczał głównie na kosztowny sprzęt wędkarski, wyjazdy na ryby i elektroniczne gadżety.
Gdy usiadła, w sali zapanowała cisza. Adwokat Karola spojrzał na klienta z wyraźnym zniecierpliwieniem. Sam Karol pobladł. Wizja „sprawiedliwego podziału”, którą tak pewnie kreślił, rozsypywała się na oczach wszystkich.
— W świetle przedstawionych faktów — podsumowała, zwracając się do sędzi — nie tylko nie znajduję podstaw do przyznania mojemu byłemu mężowi jakiejkolwiek części mojego mieszkania, ale mogłabym wykazać, że to on pozostaje wobec mnie w znacznym długu po latach życia na mój koszt. Nie zamierzam jednak rozliczać przeszłości co do złotówki. Proszę jedynie o zastosowanie obowiązującego prawa.
Decyzja zapadła szybko. Po krótkiej naradzie sąd oddalił powództwo Karola Wysokińskiego w całości.
Na korytarzu próbował ją dogonić.
— Ty… — syknął przez zęby. — Zniszczyłaś mnie. Ośmieszyłaś.
Aleksandra spojrzała na niego po raz ostatni. W jej oczach nie było gniewu, tylko chłodny dystans.
— Nie ja cię zrujnowałam, Karolu. Sam to zrobiłeś w chwili, gdy uznałeś, że moja miłość i mój dom są towarem do podziału.
Odwróciła się i ruszyła długim, dudniącym echem korytarzem sądu. Nie obejrzała się ani razu. Wiedziała, że przed nią rozciąga się nowe życie — wolne i spokojne — w mieszkaniu, które odzyskała nie tylko prawnie, lecz także symbolicznie. W tej przyszłości nie było miejsca dla tych, którzy w relacjach widzą wyłącznie okazję do zysku.
