— Paweł Górski, czy dobrze rozumiem, że cały długi majowy weekend mam spędzić sama, wpatrując się w cztery ściany? — zapytała Maja Malinowskiówna cicho, z wyraźnym wysiłkiem utrzymując spokojny ton. W ostatnich miesiącach Paweł reagował alergicznie na każdy ostrzejszy akcent w jej głosie. Stała przy oknie, choć wcale nie patrzyła na ulicę — jej wzrok zatrzymał się na szerokich plecach męża.
— Maju, tylko nie zaczynaj — westchnął, nawet się nie odwracając. Przekładał dokumenty w eleganckiej, skórzanej teczce z taką starannością, jakby od tego zależał los świata. — U Oliwii Przybylskiównej nasiliła się alergia. Potrzebuje świeżego powietrza, wyjazdu za miasto i ojca przy sobie. Aleksandra Nowakowskiówna wynajęła dom pod lasem. Będę tam po prostu jako tata.
— Jako tata? — powtórzyła, podchodząc bliżej. — A ja niby dlaczego nie mogę pojechać? Nie będę wam przeszkadzać. Pójdę na spacery, zajmę się sobą. W końcu jesteśmy małżeństwem.
Zatrzasnął teczkę z suchym trzaskiem. Dźwięk przeciął ciszę jak pęknięcie gałęzi. Odwrócił się do niej, a na jego twarzy pojawił się wyraz znużonej wyższości, który zawsze ściskał ją w środku. Patrzył na nią tak, jak patrzy się na dziecko domagające się słodyczy przed obiadem.
— Aleksandra nie chce twojej obecności. Uważa, że mogłaby zaszkodzić psychice dziecka. Alergia ma podłoże psychosomatyczne. Wystarczy stres i Oliwię znowu wysypie. Chcesz wziąć odpowiedzialność za zdrowie mojej córki?

— Oczywiście, że nie, ale… — zająknęła się. Wiedziała, że to tani chwyt, a jednak działał. — Pawle, to przecież dziesięć dni. Myślałam, że pojedziemy do moich rodziców na działkę. Dziadek dopytywał…
— Dziadek sobie poradzi — uciął krótko. — A do twojej mamy nie pojedziesz.
— Słucham? Dlaczego? — zdziwiła się szczerze.
— Bo tak zdecydowałem. Nie chcę, żebyś tam siedziała i podsycała w sobie nerwy przy jej biadoleniu. Zostań w domu, zajmij się swoimi suszonymi kwiatkami. Odpocznij. Wrócę po świętach. Potraktuj to jak prezent — kilka dni bez obowiązków.
Podszedł, musnął ją w policzek szybkim, bezosobowym pocałunkiem — jakby przybijał pieczątkę na papierze — i ruszył do przedpokoju. Chwilę później drzwi wejściowe zamknęły się z głuchym stukiem. W powietrzu został zapach jego wody po goleniu i drogiej skóry butów. Paweł był negocjatorem w dużej firmie logistycznej, zajmował się sprowadzaniem rzadkich gatunków drewna do produkcji luksusowych jachtów. Nienaganny wizerunek traktował jak narzędzie pracy, równie ważne jak dar przekonywania.
Maja opadła na kanapę. W myślach powtarzała sobie uparcie: „On jest po prostu oddanym ojcem. Kocha córkę. Muszę być rozsądna. Muszę to zrozumieć”. Próbowała zagłuszyć niepokój, wmówić sobie, że podejrzenia są wyłącznie wytworem jej wyobraźni. Aleksandra to przeszłość — ona jest teraźniejszością. To ją wybrał. Z nią wziął ślub. Wystarczy cierpliwość. Wystarczy przeczekać.
Kolejne trzy dni zlały się w ciężką, lepką mgłę. Próbowała pracować, lecz bez skutku. Jej pracownia — jeden z pokoi w przestronnym mieszkaniu — tonęła w formach, workach z gipsem i pękach zasuszonych roślin. Tworzyła botaniczne reliefy: ogromne odlewy prawdziwych kwiatów i liści, zatrzymane w białej strukturze przypominającej kamień. Zwykle ta praca wymagała skupienia i cierpliwego spokoju, niemal medytacji. Teraz jednak dłonie jej drżały. Glina była zbyt zbita, gips albo twardniał w mgnieniu oka, albo spływał bezkształtną masą.
Sylwia Sokołowskiówna wpadła któregoś popołudnia na kawę. Słuchała opowieści Mai z coraz większym niedowierzaniem.
— Mówisz poważnie? Zabronił ci jechać do własnej matki?
— Twierdzi, że tylko bym się tam nakręcała…
— A tutaj niby siedzisz jak buddyjski mnich? — prychnęła Sylwia, stukając się w skroń. — Obudź się. Twój mąż spędza wszystkie święta z byłą żoną, a ciebie odstawia na boczny tor. Alergia? Na co? Na twoją obecność?
— Nie przesadzaj… Ona jest matką jego dziecka.
— Jest kobietą, która dwa lata temu wyrzuciła go z domu z jedną walizką, bo znalazła „lepszą partię”. A kiedy tamten zniknął, a Paweł awansował, kupił samochód i zaczął wyglądać jak człowiek sukcesu — nagle przypomniała sobie, że córka ma ojca. Maju, on od miesiąca kursuje do niej pod pretekstem „zawożenia leków” i naprawdę myślisz, że chodzi wyłącznie o recepty?
