Kamil zbladł tak gwałtownie, jakby ktoś w jednej chwili spuścił z niego całą krew. Najwyraźniej nie brał pod uwagę, że Julia w ogóle zajrzy do treści dokumentu.
— Gdzie to widzisz? — pochylił się nerwowo nad kartką. — A… to? To zwykły formularz, naprawdę. Uniwersalny wzór. Wpisane są tam wszystkie możliwe uprawnienia, żeby potem nie trzeba było załatwiać kolejnych pełnomocnictw. Czasem trzeba coś odebrać z urzędu, jakiś wypis z księgi wieczystej… To czysta formalność. Nie doszukuj się sensacji.
Powoli odłożyła długopis na stół.
— Formalność? — powtórzyła cicho. — Rozporządzanie moim mieszkaniem to według ciebie drobiazg?
— Nikt nie mówi o żadnej sprzedaży! — jego głos nagle przeszedł w piskliwy ton. — Naprawdę mi nie ufasz? Jestem twoim mężem! Robię to dla nas. Moglibyśmy dostać zwrot podatku, przyda się każdy grosz!
W progu sypialni stanęła Małgorzata. Ręce skrzyżowane na piersi, twarz napięta, spojrzenie twarde i chłodne. Zniknął łagodny uśmiech troskliwej teściowej.
— Co to za fochy, Julio? — huknęła. — Kamil lata, zbiera papiery, stara się, a ty jeszcze wybrzydzasz? Podpisz i przestań robić sceny. Przez twoje histerie skacze mi ciśnienie.
Julia podniosła się powoli. Strach, który czuła jeszcze chwilę temu, ustąpił miejsca lodowatej determinacji.
— Skacze pani ciśnienie? — zapytała spokojnie. — To zaraz pani przejdzie.
Podeszła do szafy, wyjęła niewielkie pudełko z dokumentami i otworzyła je przy nich.
— Co ty kombinujesz? — Kamil zmarszczył brwi.
— Sprawdzam pewne rzeczy. — Wyjęła akt własności. — Wiesz może, co oznacza artykuł 286 Kodeksu karnego? Oszustwo. Zwłaszcza w porozumieniu kilku osób.
— Zwariowałaś! — syknęła Małgorzata, wchodząc do pokoju. — Jakie oszustwo? Jesteśmy rodziną! Chcieliśmy jak najlepiej!
— Dla kogo najlepiej? Dla wierzycieli? — Julia odwróciła się gwałtownie, trzymając dokumenty przy piersi.
Zapadła cisza, ciężka i duszna. Małgorzata pokryła się czerwonymi plamami, Kamil spuścił wzrok jak przyłapany na kłamstwie chłopiec.
— Podsłuchiwałaś? — wymamrotał.
— Usłyszałam wystarczająco dużo. Zaliczka. Pewność, że „nigdzie nie ucieknę”. Plan spłacenia długów twojej mamy moim mieszkaniem.
— Julia, poczekaj! — rzucił się ku niej, próbując chwycić ją za ramiona. — To nie tak! Mama wpadła w tarapaty. Zainwestowała w jakąś spółdzielnię, obiecywali złote góry i wszystko przepadło. Odsetki rosną, windykatorzy wydzwaniają. Myśleliśmy, że sprzedamy twoje mieszkanie na jakiś czas, spłacimy zobowiązania, a potem weźmiemy kredyt i kupimy dom. Dla wszystkich!
— „Na jakiś czas” sprzedamy moje mieszkanie? — roześmiała się krótko, a w tym śmiechu nie było cienia wesołości. — Słyszysz siebie? Chciałeś zrobić ze mnie bezdomną, żeby ratować matkę przed skutkami jej własnej lekkomyślności? A mnie zapytałeś o zdanie?
— A po co pytać?! — wybuchła Małgorzata. — Jesteś młoda, zarobisz jeszcze! A ja mam swoje lata, mogą mnie zniszczyć za te długi! Wchodząc do naszej rodziny, bierzesz na siebie nasze problemy. To mieszkanie dostałaś w spadku, nie zapracowałaś na nie latami! Można się poświęcić dla bliskich!
I wtedy Julia zrozumiała wszystko. W ich oczach jej spadek był darmowym łupem, czymś, co należy się im z samego faktu pokrewieństwa.
— Wyjdźcie — powiedziała cicho.
— Słucham? — Małgorzata aż zachłysnęła się oburzeniem.
— Oboje. To mój dom. Macie godzinę, żeby się spakować.
— Nie możesz nas wyrzucić! — wrzasnął Kamil. — Ja tu mieszkam! To też moje…
— Nie masz tu niczego — przerwała mu. — Nawet meldunku. Jesteś zameldowany u matki, w mieszkaniu, które — jak się domyślam — już dawno obciążyliście długami. Zbierajcie swoje rzeczy. Jeśli za godzinę nadal tu będziecie, zadzwonię na policję. A rozmowa z kuchni… — zawiesiła głos — mam ją nagraną.
Blef. Nie włączyła żadnego dyktafonu. Ale efekt był natychmiastowy. Twarz Kamila przybrała popielaty odcień.
— Nagrywałaś mamę? — wyszeptał z niedowierzaniem. — Jak mogłaś…
— Pakuj się, idioto! — ryknęła Małgorzata, tracąc resztki opanowania. — Nie stój jak słup, tylko zabieraj rzeczy!
