Cisza nie została przerwana ani jednym komentarzem.
Maksymilian Białek zamknął drzwi Mercedesa i podszedł kilka kroków w moją stronę. Zatrzymał się naprzeciwko.
– Jak się pan nazywa? – zapytał rzeczowo.
– Stanisław Adamczyk.
– Co dokładnie było uszkodzone, panie Stanisławie?
Odstawiłem wiadro pod ścianę, żeby nie trzymać go w ręku.
– Pęknięta rurka podciśnieniowa sterująca klapami nagrzewnicy. Sparciała ze starości. Uciekało podciśnienie, więc klapa nie przełączała się na ciepły nawiew. Wymieniłem trzy przewody – ten rozerwany i dwa kolejne, które zaraz by padły.
Białek spojrzał ponad moim ramieniem na Damiana Kamińskiego.
– Trzy tygodnie. Czterech fachowców. I winna okazała się rurka podciśnienia.
Damian milczał przez chwilę, jakby szukał odpowiedzi.
– To przecież stary model. Moi ludzie specjalizują się w nowszych konstrukcjach…
– Pański pracownik od sprzątania rozwiązał sprawę w dwa dni wolnego. A pańscy specjaliści przez trzy tygodnie rozbierali pół układu chłodzenia – uciął spokojnie Białek.
Znów zwrócił się do mnie.
– Skąd zna pan tę serię?
– Pracowałem kiedyś w zakładach w Rzeszowie. Byłem inżynierem mechanikiem. Analizowaliśmy dokładnie te jednostki napędowe.
Tomasz Pawlak, stojący obok, aż otworzył usta. Po chwili je zamknął i spojrzał na moje dłonie – szerokie, spracowane. Te same, które od dwudziestu trzech lat trzymały mop zamiast kluczy dynamometrycznych.
Damian chrząknął.
– No dobrze, Stanisławie, świetna robota. Dzięki za pomoc. Tomasz, przygotuj jakieś–
– Damianie Kamiński – przerwałem spokojnie i postawiłem wiadro na posadzce. – W piątek powiedział pan: „Naprawisz – samochód jest twój”. Przy Maksymilianie Białku. Przy mechanikach. I przy Oskarze Jankowskim, który wszystko nagrywał.
Wzrok wszystkich momentalnie padł na Oskara. Zbladł i wcisnął telefon do kieszeni.
– To był żart – Damian spróbował się roześmiać, ale zabrzmiało to sztucznie. – Nie mów, że wziąłeś to na serio?
– Jak najbardziej serio. Obietnica padła przy świadkach. Zrobiłem to, czego pańscy fachowcy nie potrafili przez trzy tygodnie. A auto nie należy do pana, tylko do pana Białka. Decyzja więc należy do niego.
Maksymilian Białek stał z rękami w kieszeniach płaszcza, przyglądając się raz Damianowi, raz mnie, potem swojemu Mercedesowi.
– Panie Stanisławie – odezwał się w końcu. – Proszę jutro do mnie zadzwonić. Dam wizytówkę. Porozmawiamy spokojnie.
Wsiadł do auta. Silnik pracował równo, z nawiewów leciało gorące powietrze. Chwilę później wyjechał z hali.
Damian został na środku warsztatu. Mechanicy nagle znaleźli sobie zajęcia w różnych kątach. Podniosłem wiadro i ruszyłem do pierwszego stanowiska – od rana zebrała się tam plama oleju.
Za plecami panowała cisza. Nikt już nie pstrykał palcami.
Minął miesiąc. Maksymilian Białek sporządził akt darowizny na Mercedesa. Przyjechał osobiście do serwisu, przy wszystkich wręczył mi kluczyki i komplet dokumentów.
– Bardziej na niego zasługujesz niż ta cała trupa – powiedział bez ogródek.
Damian mnie nie zwolnił. Po prostu przestał mnie dostrzegać. Gdy mija mnie w korytarzu, wpatruje się w ścianę, jakbym był powietrzem. I już nie pstryka palcami. Tomasz kiedyś podszedł do mnie w magazynku. Stał chwilę bez słowa.
– Wujek Staszek… niepotrzebnie wyrzuciłem tamtą kartkę – mruknął w końcu i wyszedł.
Nadal myję podłogi. Dwadzieścia osiem tysięcy miesięcznie. Wiadro, mop, ściereczki – bez zmian. Białek proponował mi etat u siebie, ma sporą flotę i potrzebuje doświadczonego mechanika. Odpowiedziałem, że się zastanowię. I wciąż się zastanawiam.
Do pracy przyjeżdżam jednak teraz beżowym Mercedesem W123 z osiemdziesiątego trzeciego roku. Parkuję go tuż przy wejściu, obok lśniącego Lexusa Damiana Kamińskiego. Codziennie rano.
Damian widzi. Nic nie mówi.
A ja czasem rozmyślam, czy nie należało zostawić tego w spokoju. Naprawić po cichu, przemilczeć obietnicę. Przez dwadzieścia trzy lata milczałem i jakoś żyłem.
Tylko że potem przypominam sobie jego pstryknięcia palcami. Zgniecioną przez Tomasza kartkę. Śmiech całej hali, gdy wskazał na mnie i nazwał „dziadkiem”.
I wtedy pytam sam siebie: dobrze zrobiłem, upominając się o swoje? Czy może powinienem był znów przełknąć wszystko – tak jak przez poprzednie dwadzieścia trzy lata?
