W przedpokoju unosił się ciężki zapach suszonej ryby, zwietrzałych ubrań i alkoholu. Emilia Długoszówna cicho domknęła drzwi wejściowe, pilnując, by klucze nie zadźwięczały w zamku. Deszcz, w którym czekała na autobus blisko czterdzieści minut, przemoczył jej cienki płaszcz do suchej nitki; chłodne strużki wody spływały teraz po łydkach i wsiąkały w rajstopy.
Z salonu dochodził donośny, rubaszny śmiech mężczyzny.
— …więc powiedziałem jej wprost: nie pasuje ci, to się pakuj! — rozbrzmiewał zachrypnięty baryton Tomasza Zająca. — A dokąd niby pójdzie? Mieszkanie jest moje, samochód też. Popłacze chwilę w łazience i wróci do garów.
Ktoś odpowiedział niepewnym chichotem. Zadźwięczało szkło uderzające o szkło.
Emilia zsunęła z nóg przemoczone botki. Materiał płaszcza przykleił się do ramion, wywołując nieprzyjemny dreszcz. Powoli ruszyła korytarzem, omijając lepkie plamy na panelach, aż zatrzymała się w progu pokoju dziennego.

Przy nowym, jasnym stole, który sama wybrała z katalogu i zamówiła kilka miesięcy wcześniej, siedziało trzech mężczyzn. Tomasz rozwalił się na krześle u szczytu blatu, nogę nonszalancko założył na nogę. Naprzeciwko garbił się Jan Górski z warsztatu, a obok niego jakiś nieznajomy w rozciągniętej, szarej bluzie. Na stole piętrzyły się puste butelki, zgniecione ręczniki papierowe i resztki rybich łusek.
— O, proszę, kogo wiatr przywiał — rzucił Tomasz, zerkając na nią kątem oka i leniwie obracając głowę. Nie zmienił nawet pozycji. Twarz miał zaczerwienioną, włosy błyszczały od potu. — Nie stój tak. Idź do kuchni i ogarnij coś do przekąszenia. Ser się skończył.
Jan odchrząknął skrępowany i wbił wzrok w pustą szklankę, jakby nagle zainteresował go wzór na dnie.
Emilia spojrzała na męża. Nie czuła ani drżenia kolan, ani napływu łez — tylko przygniatający ciężar gdzieś pod mostkiem. Od ośmiu miesięcy wszystko staczało się w dół. Tomasz stracił etat w centrum i łapał dorywcze zlecenia, a wraz z bezrobociem rosła w nim buta. Przestał dostrzegać jej grafik, jej zmęczenie po dyżurach w klinice, gdzie pracowała jako administratorka. Coraz częściej sięgał po mocniejsze trunki: najpierw w weekendy, potem zawsze, gdy „miał powód”. A powód znajdował niemal codziennie.
— Nie zamierzam niczego przygotowywać — powiedziała spokojnie Emilia.
