— Bo to już nie jest nasz dom. Sprzedałam go.
Po drugiej stronie zapadła cisza tak gęsta, jakby ktoś nagle odciął powietrze. Miałam wrażenie, że słyszę, jak w głowie Moniki Zającówny zgrzytają tryby, próbując zrozumieć sens moich słów. W tle wciąż rozlegało się wściekłe szczekanie.
— Co ty powiedziałaś?.. — wydusiła w końcu. — Jak to sprzedałaś? Komu? A my?..
— A wy, Monika, stoicie teraz pod cudzą bramą. I na waszym miejscu odjechałabym, zanim Janusz Król wypuści psa z kojca. To człowiek zasadniczy. Nie ma poczucia humoru.
— Ty… ty chyba żartujesz! — łapała powietrze. — Jesteśmy z dziećmi! Bagażnik pełen zakupów! Gdzie mamy jechać?! Jutro Sylwester! Anka, czy ty wiesz, co zrobiłaś?! Przecież jesteśmy rodziną!
— Rodziną — powtórzyłam spokojnie. — Taką, która nawet nie zapytała, czy może przyjechać.
— Pytać?! Przecież to zawsze było wspólne! Dom Michała! Odebrałaś nam święta! Zadzwoń do tego… człowieka i wyjaśnij, że jesteśmy swoi. Niech nas wpuści chociaż na noc!
I właśnie wtedy zrozumiałam, że jeśli teraz ustąpię — jeśli zacznę prosić nowego właściciela, choć nie mam już do tego żadnego prawa, albo zaproszę ich do mojego mieszkania w Warszawie — wszystko wróci do dawnego układu. Znowu stanę się wygodną Anką, zawsze gotową ustąpić.
A potem wydarzyło się to, czego jednocześnie się spodziewałam i obawiałam.
W słuchawce rozległo się głuche łomotanie — ktoś musiał zacząć walić w metalową bramę. Natychmiast odpowiedział mu niski, ostrzegawczy warkot, od którego nawet mnie przeszedł dreszcz. I głos Janusza Króla:
— Liczę do trzech. Potem otwieram furtkę. Raz…
— Dwa… — zabrzmiało chwilę później. Ton miał spokojny, niemal obojętny, jak konduktor sprawdzający bilety.
— Paweł! Do samochodu, natychmiast! — krzyknęła Monika.
Usłyszałam trzask ciężkich drzwi SUV‑a, stłumiony płacz któregoś z dzieci i kilka soczystych przekleństw Pawła Pawłowskiego, już zza zamkniętych szyb.
Pies zaszczekał głęboko, basowo — tak szczekają zwierzęta, które doskonale wiedzą, gdzie kończy się ich teren.
— Anka, ty za to zapłacisz! — Jej głos drżał, ale tym razem nie z oburzenia, tylko ze strachu i wściekłości. — Wyrzuciłaś nas na mróz! Zamarzniemy tu!
— Macie ogrzewanie w samochodach, Monika — odpowiedziałam, odchodząc od okna i opadając na ulubiony fotel. Nagle poczułam zmęczenie, jak po długim biegu. — Do Warszawy jest godzina drogi. Nie rób tragedii z własnej lekkomyślności.
— Nie wrócimy do Warszawy! Cały nastrój zniszczony! Miał być rodzinny Sylwester! Co my zrobimy z trzema skrzynkami jedzenia?!
To było zdumiewające. Siedziała pod cudzą posesją, po przekroczeniu wszelkich granic, a martwiła się głównie o sałatki i pieczeń.
— Posłuchaj mnie uważnie — przerwałam jej. — Na czterdziestym piątym kilometrze, tuż przed węzłem, jest hotel „Przystań”. Wyślę ci lokalizację. Mają saunę i miejsce do grillowania.
