Czajnik zagwizdał, ale ja już wcześniej wsypałam kawę do filiżanki. Patrzyłam, jak na powierzchni tworzy się jasna pianka i powoli wiruje, jakby ktoś mieszał ją niewidzialną łyżeczką. W głowie miałam ciszę — dziwną, niemal sterylną. Taką jak w mieszkaniu tuż przed wielkim sprzątaniem, kiedy wszystko jeszcze stoi na swoim miejscu, ale wiadomo, że za chwilę zostanie przesunięte. Czułam, że ten dzień coś zamknie. Musiałam tylko doczekać do wieczora.
Teresa wyszła z salonu dopiero około dziesiątej. Miała na sobie mój szlafrok, który zostawiłam wczoraj na oparciu krzesła. Zaspana, z odciśniętą poduszką na policzku, przeciągnęła się teatralnie.
— O, jesteś! — zdziwiła się. — Marcin mówił, że wrócisz dopiero jutro.
— Zmieniłam plany.
— I bardzo dobrze — odparła, już zaglądając do lodówki. Wyjmowała moje produkty bez pytania, jakby były jej własnością. Po chwili na patelni skwierczały jajka. — Zjesz coś?
— Nie mam ochoty.
— Ty nigdy nie masz ochoty — mruknęła. — Nic dziwnego, że taka chuda jesteś.
Stałam oparta o framugę i obserwowałam, jak swobodnie porusza się po mojej kuchni. Otwierała szafki, wyciągała talerze, sztućce, przyprawy. Ani jednego pytania, ani cienia wahania. Jakby od dawna była tu gospodynią. Zastanowiło mnie, co by zrobiła, gdybym weszła do jej mieszkania i zaczęła przestawiać garnki według własnego uznania.
Dopiłam kawę, umyłam filiżankę i zamknęłam się w sypialni. Z szuflady wyjęłam niewielką szkatułkę. W środku — złożony dokument. Rozprostowałam kartkę. Pieczęć notariusza, podpis Andrzeja, data sprzed pięciu lat. Wszystko na swoim miejscu. Złożyłam papier, wsunęłam go do koperty i schowałam do wewnętrznej kieszeni torebki. Zarzuciłam ją na ramię.
— Wychodzisz? — zawołała Teresa z kuchni.
— Przejdę się.
— A obiad?
— Nie wiem, o której wrócę.
Na zewnątrz powietrze było chłodne, choć słońce przebijało się przez chmury. Poszłam do parku. Usiadłam na ławce i patrzyłam na gołębie kręcące się wokół dzieci z bułką w ręku. Matki z wózkami spacerowały powoli, starsze panie szeleściły torebkami z ziarnem. Czas wlókł się niemiłosiernie.
Zadzwoniłam do mamy. Opowiadała o grządkach, o tym, że sąsiadka znów narzeka na kręgosłup, że w weekend wybiera się do miasta po większe zakupy. Słuchałam jej spokojnego głosu i myślałam o tym, że nawet nie pamięta, iż formalnie jest właścicielką działki. Moja mama, która zna na pamięć daty wszystkich rodzinnych urodzin, która pamiętała każdą moją anginę i każdy sprawdzian z matematyki. A o tym zapomniała.
— Mamo — odezwałam się na koniec. — Przyjedziesz w weekend?
— A coś się stało?
— Nie. Po prostu chcę, żebyś przyjechała.
Zdziwiła się, ale obiecała. Rozłączyłam się. Była dopiero dwunasta trzydzieści. Przede mną jeszcze pół dnia.
Do domu wróciłam dopiero wieczorem. Marcin siedział w salonie z telefonem w dłoni, Teresa nakrywała do stołu. W powietrzu unosił się zapach smażonego mięsa i ziemniaków — ciężki, tłusty.
— No proszę, podróżniczka wróciła — zaśpiewała Teresa. — Siadaj, jemy kolację. Marcin, umyj ręce.
Usiedliśmy razem. Przesuwałam widelcem po sałatce, właściwie jej nie jedząc. Marcin opowiadał o pracy, Teresa przytakiwała i dokładała mu dokładki. Scena jak z rodzinnego serialu. Tylko we mnie wszystko było napięte jak struna.
— Jutro jedziemy na działkę — oznajmiła nagle Teresa. — Rodzina jeszcze tam jest, trzeba pomóc. Katarzyno, jedziesz z nami?
— Oczywiście — odpowiedziałam bez wahania.
Spojrzeli po sobie zaskoczeni.
— Jeśli chcesz… — mruknął Marcin.
— Chcę.
Wieczór dłużył się niemiłosiernie. Leżałam później w łóżku i patrzyłam w sufit. Układałam w głowie słowa, które miałam wypowiedzieć. Zdania były gotowe, ostre, wyważone. Pozostawało je tylko wypowiedzieć.
Poranek przywitał nas ciężkim, ołowianym niebem. Na działkę dotarliśmy w okolicach południa. Teresa przez całą drogę instruowała Marcina: co poprawić w ogrodzeniu, gdzie przybić deskę, jak poukładać drewno. On notował coś w telefonie, potakując.
Na miejscu przywitała nas kobieta, którą wcześniej widziałam na werandzie z kubkiem herbaty. Teraz miała na sobie sukienkę i szeroki uśmiech.
— Teresa! Nareszcie! — zawołała. — Czekaliśmy!
To była Wioletta, siostra Teresy. Widziałam ją może dwa razy w życiu, ostatnio na pogrzebie Andrzeja. Obok niej stał jej mąż, Piotr — wysoki, milczący, z dużymi, spracowanymi dłońmi.
— Katarzyno, poznaj moją siostrę — powiedziała Teresa z przesadnym entuzjazmem.
— Już się kiedyś widziałyśmy — odparłam spokojnie.
Weszliśmy do środka. Mimowolnie spojrzałam w stronę drzwi mojego pokoju. Były otwarte. W środku stało inne łóżko, na parapecie leżały obce kosmetyki, a moja lampka nocna zniknęła.
— Wioletta z Piotrem śpią teraz tutaj — wyjaśniła Teresa lekko. — Wygodniej im. Nie masz nic przeciwko, prawda?
Zapytała tak, jakby chodziło o przesunięcie krzesła.
— Nie — odpowiedziałam równo. — Nie mam.
— No widzisz! — klasnęła w dłonie. — Marcin, chodź, pokażę ci płot.
Zostali na zewnątrz. Ja usiadłam na werandzie z Wiolettą i Piotrem. Na stole pojawiały się talerze z pierogami, ciasto, filiżanki.
— Dużo pracujesz? — zagadnęła Wioletta. — Teresa mówiła, że kariera najważniejsza.
— Pracuję — odparłam krótko.
— A dzieci? — dopytywała z uśmiechem.
— Nie teraz.
Pokiwała głową z wyrozumiałością. Patrzyłam na nowe zasłony, na tani stolik, który ktoś tu wstawił. I nagle poczułam, że chce mi się śmiać. Oni tak pilnie urządzali się w miejscu, które — formalnie — nie należało do nich.
Gdy Teresa i Marcin wrócili, zasiedliśmy do obiadu. Rozmowa krążyła wokół cen opału, dalszej rodziny, planów na zimę. Ja milczałam.
— Katarzyno, czemu taka cicha? — zapytała w końcu Teresa. — Obraziłaś się?
— Nie. Właśnie chciałam coś powiedzieć.
Marcin podniósł głowę znad talerza.
— Co takiego?
Odstawiłam filiżankę, sięgnęłam do torebki. Wyjęłam kopertę, a z niej dokument. Rozłożyłam go na stole.
— O to chodzi.
Teresa patrzyła bez zrozumienia. Marcin pochylił się bliżej. Z każdą sekundą jego twarz traciła kolor.
— Co to jest? — zapytał chrapliwie.
— Akt darowizny. Sporządzony pięć lat temu. Andrzej przekazał tę działkę mojej mamie, Małgorzacie.
Zapadła cisza, ciężka i lepka.
— Kłamiesz — wyszeptała Teresa. — To niemożliwe.
— Podpis, pieczęć notariusza. Wszystko zgodnie z prawem.
Marcin czytał jeszcze raz, powoli, jakby nie rozumiał liter.
— Wiedziałaś? — spojrzał na mnie. — Wiedziałaś i nic nie mówiłaś?
— Dowiedziałam się tydzień temu. Dokument był schowany na strychu, w albumie.
— Andrzej nic przede mną nie ukrywał! — krzyknęła Teresa.
— Najwyraźniej jednak tak — odparłam spokojnie. — Wiedział, komu może zaufać.
Teresa zerwała się z miejsca, krzesło przewróciło się z hukiem.
— Ty to zaplanowałaś! Czekałaś!
— Nie. Gdybyście zachowali się inaczej, pewnie próbowałabym rozwiązać to spokojnie. Ale wyrzucenie moich rzeczy i wprowadzenie tu rodziny bez słowa… ułatwiło mi decyzję.
Marcin był blady jak ściana.
— Może da się to jakoś… po ludzku? — wymamrotał. — Jesteśmy rodziną.
Spojrzałam na niego uważnie.
— Tydzień temu powiedziałeś, że przepiszesz działkę na mamę. „Bo tak zdecydowałeś”. A ona już od pięciu lat nie jest wasza.
Teresa wybiegła z werandy, zawodząc. Wioletta ruszyła za nią. Piotr siedział nieruchomo, patrząc na mnie z czymś na kształt uznania.
— Katarzyno… — Marcin zrobił krok w moją stronę. — Przepraszam. Byłem głupi. Cofnijmy to, porozmawiajmy.
— Za późno. Nawet nie zapytałeś mnie o zdanie. Ani o to, jak się czuję. Pozwoliłeś wyrzucić moje rzeczy. To wystarczy.
Wyszłam na podwórze. Pod jabłonią Teresa płakała, Wioletta ją obejmowała. Minęłam je bez słowa.
— Katarzyno! — zawołał Marcin z progu. — Co teraz?
Odwróciłam się.
— Jutro przyjedzie moja mama. Wtedy zdecydujemy.
Ruszyłam w stronę przystanku. Ktoś jeszcze coś wołał, ale nie reagowałam. Słońce przebiło się przez chmury, rozświetlając drogę. Z każdym krokiem czułam, jak schodzi ze mnie ciężar ostatnich lat.
Usiadłam na ławce i wybrałam numer mamy.
— Mamo, będziesz jutro?
— Będę. Martwię się o ciebie.
— Nie ma powodu. Pamiętasz, że Andrzej kiedyś przepisał na ciebie działkę?
Długa cisza.
— Pamiętam… Myślałam, że to formalność. Włożyłam dokument do albumu i zapomniałam.
— Teraz ten dokument będzie nam potrzebny.
— Rozumiem — powiedziała cicho.
Rozłączyłam się i przez chwilę patrzyłam na pustą szosę, zastanawiając się, jak bardzo zmieni się nasze życie, kiedy jutro znów przekroczę bramę tej działki razem z mamą.
