Wiktor wziął dokument do ręki i uważnie go przeczytał. Z każdą kolejną linijką jego twarz twardniała, jakby nagle zrozumiał coś, czego wcześniej nie chciał dostrzec.
— Mamo… — odezwał się w końcu cicho, ale stanowczo. — Kornelia ma rację.
— Słucham?! — Irena niemal krzyknęła.
— Posunęłaś się za daleko — powiedział, patrząc jej prosto w oczy. — To jest jej mieszkanie. Nasz dom. Nasza rodzina.
Zachwiała się, jakby ktoś wymierzył jej policzek.
— Czyli wybierasz ją zamiast mnie?
— Wybieram żonę i dziecko — odparł bez wahania.
— Wspaniale — syknęła, chwytając torebkę. Ruszyła do przedpokoju szybkim, nerwowym krokiem. — Gdy cię zostawi, nie przychodź do mnie z płaczem!
— Jeśli nauczy się pani szanować cudze granice, drzwi będą otwarte — powiedziała spokojnie Kornelia. — Jeśli nie… trudno.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. W mieszkaniu zapadła cisza, ciężka, ale oczyszczająca.
— Może byliśmy zbyt surowi? — Wiktor objął Kornelię, szukając w jej oczach potwierdzenia. — Przecież ona tylko…
— Tylko krok po kroku przejmowała kontrolę — weszła mu w słowo. — Jeszcze rok i decydowałaby, czym karmić nasze dziecko. Dwa lata — i wybierałaby mu szkołę.
Westchnął.
— A jeśli już nigdy się nie odezwie?
— Odezwie się. Kiedy zrozumie, że zasady są nie do negocjacji.
Minął miesiąc. Telefon zadzwonił w sobotnie przedpołudnie. Głos Ireny był stłumiony, pozbawiony dawnej pewności.
— Czy mogłabym… wpaść? Zobaczyć, jak się trzymacie?
— Oczywiście. Pasuje jutro po południu?
— Dobrze. A czy mogę coś przynieść wnukowi?
— Może pani. Ale to ja zdecyduję, co zostanie.
Krótka pauza.
— Rozumiem.
Nazajutrz stanęła w progu z niewielką maskotką i bukietem kwiatów. Zdjęła buty bez przypominania, a zanim zajrzała do pokoju dziecka, zapytała o zgodę.
— Przemalowaliście ściany — zauważyła, oglądając jasną żółć.
— Tak. Na kolor, który wybraliśmy razem.
— Ładnie — powiedziała po chwili. — Ciepło tu.
Przy herbacie rozmowa była oszczędna, niemal oficjalna. A jednak po raz pierwszy od trzech lat nikt nie podnosił głosu, nikt nie walczył o ostatnie słowo.
Przed wyjściem Irena zawahała się w drzwiach.
— Mogłabym przychodzić czasem? Kiedy maleństwo już będzie na świecie?
— Tak. Zawsze po zaproszeniu.
— Po zaproszeniu — powtórzyła i skinęła głową.
Kornelia zamknęła za nią drzwi i oparła się o nie plecami. Dziecko poruszyło się energicznie, jakby z radosnym triumfem.
Pogładziła brzuch i wyszeptała:
— Teraz to naprawdę nasz dom, maleńki. Taki, w którym mama potrafi chronić to, co najważniejsze.
W żółtym pokoju delikatnie falowała firanka w króliczki — ta sama, którą kupili w dniu, gdy dowiedzieli się, że pojawisz się na świecie.
