Nie cofając się ani o krok, Kornelia podeszła do szafy, wyjęła teczkę z dokumentami i otworzyła ją z zadziwiającym opanowaniem. Palce ani drgnęły.
— Proszę natychmiast opuścić to mieszkanie! — wrzasnęła Irena Czarnecka. — To dom mojego syna, mam pełne prawo…
— Nie, nie ma pani. — Kornelia położyła akt notarialny na komodzie. — Tu są wszystkie dokumenty. Kupiłam to mieszkanie jeszcze przed ślubem. Za własne pieniądze.
Mówiła cicho, niemal spokojnie, lecz każde słowo przecinało powietrze jak ostrze.
— Dlatego teraz to pani wyjdzie. I to bez zwłoki.
Drżącymi dłońmi Irena chwyciła papiery i zaczęła nerwowo przebiegać wzrokiem po kolejnych linijkach. Z jej twarzy odpłynęła krew.
— Wiktor! — krzyknęła histerycznie. — Wiktor, chodź tu natychmiast!
— Wiktor jest w pracy. Kiedy wróci, porozmawiamy z nim spokojnie.
— Ty… ty rozbijasz rodzinę! Nastawiasz mojego syna przeciwko własnej matce!
— Chronię swoją rodzinę przed kimś, kto przez trzy lata traktował nasze mieszkanie jak prywatne terytorium.
Irena zaczęła krążyć po pokoju o błękitnych ścianach — pośród zasłon, mebli i dodatków, które wybierała z przekonaniem, że „wie lepiej”.
— Wiktor mnie nie odrzuci! Jestem jego matką!
— A ja jego żoną. I matką jego dziecka. — Kornelia podeszła do okna. — Zobaczymy, po czyjej stronie stanie.
— Za kogo ty się uważasz?!
— Za kogoś, kto wreszcie zrozumiał, że milczenie bywa odbierane jako zgoda.
Odwróciła się powoli.
— Przez trzy lata łudziłam się, że wystarczy przeczekać, że przywyknie pani do granic. Ale pani nie przywyka — pani przejmuje kontrolę.
— Chciałam tylko dobrze!
— Chciała pani rządzić. I rządziła — dopóki ja nie reagowałam.
Wiktor wrócił po godzinie. W kuchni siedziała jego matka z zaczerwienionymi oczami, w salonie stała Kornelia, trzymając w rękach dokumenty.
— Co tu się dzieje? — zapytał zdezorientowany, patrząc to na jedną, to na drugą.
— Twoja żona oszalała! — poderwała się Irena. — Wyrzuca mnie z domu! Grozi mi!
— Kornelia?
— Wyjaśniłam, kto tu podejmuje decyzje — odpowiedziała spokojnie. — I wyznaczyłam jasne zasady.
— Jakie zasady?
— Najprostsze. Nie wchodzić bez zapowiedzi. Nie wydawać poleceń w cudzym mieszkaniu. Nie przemeblowywać pokoju dziecka bez zgody rodziców.
Wiktor milczał, wodząc wzrokiem między nimi.
— Wiktorku, powiedz coś! — uczepiła się go Irena. — Jestem twoją matką! Mam prawo…
— Do czego? — Kornelia podała mu akt własności. — Do czego właściwie ma pani prawo w moim mieszkaniu?
