— Tak, ale… — Wiktor nie patrzył jej w oczy. — Ona chce dobrze.
— A ja? — zapytała cicho.
Słowa zawisły między nimi jak ciężka zasłona. Wiktor zamiast odpowiedzieć otworzył lodówkę i zaczął przestawiać produkty, jakby od tego zależało coś niezwykle istotnego.
Nazajutrz Irena Czarnecka zjawiła się ponownie, tym razem w towarzystwie malarza — chudego chłopaka o imieniu Dawid Czarnecki, który już od progu wyglądał na kogoś, kto żałuje podjętego zlecenia.
— To Dawid, uwinie się raz-dwa — oznajmiła tonem dowódcy przejmującego teren. — Najpierw sufit!
— Pani Ireno, może poczekajmy? Wiktor jeszcze nie widział… — zaczęła Kornelia ostrożnie.
— A po co go w to mieszać? Mężczyźni nie mają pojęcia o urządzaniu wnętrz. — Teściowa już zdejmowała z półek zabawki. — To sprawy kobiet.
Co ciekawe, gdy rozmowa schodziła na koszty remontu, nagle stawało się to „męską decyzją”.
Kornelia wycofała się do kuchni. Słuchała odgłosów przesuwanych mebli i szurania drabiny, czując, jak ktoś obcy przejmuje kontrolę nad jej własnym domem. Gładziła brzuch; dziecko poruszyło się niespokojnie, jakby wyczuwało napięcie.
— Więcej farby! Przebija ten żółty! — rozlegał się rozkaz z pokoju dziecięcego.
Do wieczora ściany przybrały chłodny, nasycony błękit. Pomieszczenie straciło ciepło, które jeszcze wczoraj w nim było.
— No i proszę — Irena spojrzała z satysfakcją. — Od razu widać, że tu będzie dorastał chłopak.
Kornelia stała w progu i miała wrażenie, że patrzy na zupełnie obce miejsce. Jeszcze niedawno ustawiała tu drobiazgi z czułością, planując każdy detal.
Tydzień później teściowa znów wkroczyła bez zapowiedzi, tym razem z ciężkimi, granatowymi zasłonami w pasy.
— Te króliczki są infantylne. Syn potrzebuje poważnego otoczenia.
Nie czekając na odpowiedź, zaczęła odpinać jasne firanki — te same, które Kornelia i Wiktor kupili w dniu, gdy dowiedzieli się o ciąży.
— Przecież są nowe…
— Nowe nie znaczy właściwe.
W Kornelii coś pękło. Bez trzasku, bez krzyku — ale nieodwracalnie.
— Proszę przestać.
— Słucham?
— Niech pani odłoży te zasłony. Natychmiast.
Irena Czarnecka odwróciła się powoli, wciąż ściskając materiał.
— Zwariowałaś?
— To mój dom. I pokój mojego dziecka.
Teściowa patrzyła na nią tak, jakby usłyszała obcy język.
— Jak to twój? To mieszkanie mojego syna!
— Wiktor jest tu zameldowany. Właścicielem jestem ja.
— Jak śmiesz tak do mnie mówić?! — twarz Ireny pobladła, a zasłony wysunęły się z jej dłoni. — Haruję dla was, myślę o wnuku!
— Myśli pani tylko o sobie. O tym, żeby wszystko było po paniemu.
Kornelia zrobiła krok w stronę przedpokoju, czując zaskakujący spokój w dłoniach, jakby właśnie podjęła decyzję, której nie da się już cofnąć.
