— Proszę natychmiast wyjść z mojego domu! — wrzasnęła teściowa, stojąc pośrodku salonu jak u siebie. Nie przewidziała jednak, że w końcu to ona jako pierwsza będzie musiała opuścić to mieszkanie.
Kornelia Grabowska składała właśnie maleńkie śpioszki, gdy w zamku szczęknął klucz. Zamarła. Wiktor Kowalczyk powinien być jeszcze w pracy, a zapasowy komplet kluczy spoczywał u Ireny Czarneckiej „na czarną godzinę”. Problem w tym, że dla teściowej każda zwykła środa była sytuacją kryzysową.
— Kornelciu! Gdzie się podziewasz?
Westchnęła cicho i wyszła do przedpokoju, poprawiając sweter opinający coraz wyraźniej zaokrąglony brzuch. Irena stała już w drzwiach obładowana torbami z marketu budowlanego i energicznie zdejmowała płaszcz.
— Dzień dobry, pani Ireno.

— Jaki dzień dobry? Za chwilę noc — burknęła, wchodząc w głąb mieszkania bez zaproszenia. Rozejrzała się wokół z miną kontrolera z sanepidu. — Znowu cały dzień w domu? Za moich czasów kobieta pracowała do ostatnich dni ciąży!
Przez trzy lata małżeństwa Kornelia nauczyła się jednego: sprzeciw nic nie daje. Mieszkają osobno, więc teoretycznie opinia teściowej nie powinna mieć znaczenia.
— Kupiłam farbę — oznajmiła Irena, wysypując puszki na kanapę. — Niebieską, porządną. Nie to wasze mdłe żółtko.
Kornelia spojrzała na metalowe pojemniki. Z Wiktorem przez dwa tygodnie wybierali odcień do pokoju dziecka, snuli plany, wyobrażali sobie przyszłość…
— Ale przecież już pomalowaliśmy ściany…
— To pomalujecie jeszcze raz — ucięła teściowa i skierowała się do pokoju dziecięcego. — Chłopiec powinien mieć męski kolor, a nie coś takiego bez wyrazu.
Stanęła na środku pokoju, skrzyżowała ręce na piersi i zaczęła wydawać werdykty.
— Łóżeczko absolutnie nie może stać przy oknie! A te zasłonki z królikami… To dla niemowlęcia czy do przedszkola?
— Nam się podobają — odparła cicho Kornelia.
— Mnie nie. A mojemu wnukowi tym bardziej się nie spodobają. — Irena odsunęła materiał z wyraźną dezaprobatą. — Jutro wszystko tu zmienimy.
Kornelia milczała, jak zwykle. W brzuchu poczuła nagłe poruszenie, jakby dziecko reagowało na obcą ingerencję w swoją przestrzeń.
Wiktor wrócił późnym wieczorem. W kuchni czekała na niego żona, a puszki z farbą stały na stole niczym trofea po wygranej bitwie.
— Mama była? — zapytał, zerkając na nie z rezygnacją.
— Przywiozła farbę. Chce przemalować pokój małego.
Potarł nasadę nosa — gest, który zawsze zdradzał jego napięcie, gdy rozmowa schodziła na temat matki.
— Może ten niebieski faktycznie byłby lepszy…
Kornelia spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Przecież wybieraliśmy kolor razem.
