— …przez ciebie, a ty dla jakiejś obcej kobiety gotów jesteś wszystko przekreślić…
— Karolina nie jest żadną obcą osobą. To moja żona — przerwał jej Dariusz twardo. — Jeśli nie potrafisz tego uszanować, to… naprawdę jest mi przykro.
Jolanta Wysokińska odwróciła się bez słowa i ruszyła w stronę wyjścia. Przy progu zatrzymała się jeszcze na moment i spojrzała na syna chłodnym, pełnym żalu wzrokiem.
— Pożałujesz tego, Dariuszu. Kiedy cię zostawi — bo prędzej czy później to zrobi — nie waż się wtedy przychodzić do mnie po wsparcie!
Drzwi trzasnęły tak mocno, że aż zadrżały szyby.
Przez dłuższą chwilę stali w kuchni jak sparaliżowani. Cisza była ciężka, niemal namacalna. Oboje próbowali poukładać w głowie to, co właśnie się wydarzyło.
— Dziękuję — odezwała się w końcu cicho Karolina.
Dariusz przyciągnął ją do siebie i objął mocno.
— Przepraszam, że tak długo zwlekałem. To jednak moja matka… — westchnął.
— Wiem — oparła głowę na jego ramieniu. — Ale zaczynałam już wątpić, czy kiedykolwiek staniesz po mojej stronie.
— Byłem po twojej stronie od dawna. Tylko… bałem się ją zranić. Sama mnie wychowała, tyle dla mnie poświęciła…
— To nie daje jej prawa kierować twoim życiem — odpowiedziała spokojnie. — Masz prawo do własnej rodziny i własnych wyborów.
Skinął głową, jakby dopiero teraz w pełni to do niego dotarło.
— Może to musiało tak wyglądać. Nie da się bez końca żyć według jej zasad.
Kolejne dni upłynęły w nienaturalnym spokoju. Jolanta milczała — a to było do niej zupełnie niepodobne. Zwykle wydzwaniała kilka razy dziennie, kontrolując każdy szczegół z życia syna.
— Może powinienem zadzwonić? — zastanawiał się trzeciego dnia Dariusz. — A jeśli coś jej się stało?
Karolina pokręciła głową.
— To klasyczna zagrywka. Czeka, aż pierwszy wyciągniesz rękę i przeprosisz.
— A jeśli naprawdę źle się czuje?
— Gdyby była chora, już dawno poinformowałaby o tym pół rodziny — odparła rzeczowo. — Twoja mama nie cierpi w ciszy.
I rzeczywiście — piątego dnia odezwał się telefon. Dzwoniła Teresa Majewska, siostra Jolanty.
— Darku, co wy tam wyprawiacie? — zapytała z wyraźnym niepokojem. — Jolanta jest w rozsypce, całymi dniami płacze.
— Ciociu Tereso, to ona postawiła mnie pod ścianą — odpowiedział zmęczony. — Kazała wybierać: ona albo Karolina. Co miałem zrobić?
— Może dało się to rozwiązać łagodniej… W końcu wychowała cię sama.
— Jestem jej wdzięczny. Ale wdzięczność nie oznacza, że mam podporządkować jej całe życie.
W słuchawce rozległo się ciężkie westchnienie.
— Ona nie chce cię skrzywdzić. Po prostu boi się, że cię straci. Jesteś jej jedynym synem.
— Nie straci mnie. Musi tylko zaakceptować, że mam żonę. I że należy jej się szacunek.
— Porozmawiam z nią — obiecała Teresa. — Ale ty też pomyśl, czy nie warto zrobić pierwszego kroku. To przecież twoja matka…
Po zakończeniu rozmowy Dariusz długo siedział zamyślony.
— Może faktycznie powinienem spróbować się pogodzić? — zwrócił się do Karoliny.
— I co się wtedy zmieni? — odpowiedziała spokojnie. — Ty przeprosisz, ona uzna, że wygrała, a potem wszystko wróci do dawnego schematu. Znowu zacznie wtrącać się w nasze sprawy, podważać mnie i sterować tobą.
— Ale to moja mama…
— Nie proszę, żebyś ją odrzucił. Chcę tylko, żeby traktowała mnie z szacunkiem. Czy to naprawdę zbyt wiele?
Potrząsnął głową.
— Nie. Masz rację. Jeśli teraz ustąpimy, nic się nie zmieni.
Minął tydzień. Do ich wyjazdu zostały trzy dni. Pakując walizki, po raz pierwszy od dawna czuli, że oddychają pełną piersią — bez nieustannej kontroli ze strony teściowej.
Wtedy rozległ się dzwonek do drzwi.
Na progu stała Jolanta Wysokińska. Nie ta pewna siebie, wojownicza kobieta, którą znali, lecz jakby przygarbiona, przygaszona, postarzała o kilka lat.
— Czy mogę wejść? — zapytała cicho.
Dariusz zawahał się, ale odsunął się, robiąc jej miejsce. Karolina wyszła z sypialni i zatrzymała się, widząc teściową.
— Chciałabym porozmawiać — powiedziała Jolanta. — Z wami obojgiem.
Usiedli w salonie. Jolanta zajęła fotel i splotła dłonie na kolanach, jakby zbierała w sobie odwagę, by wreszcie powiedzieć to, co od kilku dni nie dawało jej spokoju.
