Daniel Piotrowski milczał jeszcze chwilę, po czym spokojnie, ale stanowczo wypowiedział słowa, które zawisły w powietrzu:
– Wyjdź za mnie. Jeśli będziesz moją żoną, przestaną cię nękać. Zamiast opiekować się cudzymi dziećmi, zajmiesz się naszymi.
Natalia Czerwińska odwróciła wzrok. Głos jej stwardniał, jakby musiała przeciskać przez gardło każde zdanie.
– Ja nie będę miała dzieci… Wtedy… zaszłam w ciążę. Mama zawiozła mnie do lekarza. A kiedy Paweł Michalak zaczął wspominać o potomstwie, poszłam do poradni. Usłyszałam, że sama sobie jestem winna, że kiedyś „rozwiązałam problem”… I że teraz mogą być konsekwencje.
Twarz Daniela momentalnie pobladła. Nieraz mówił, że marzy o rodzinie. Który mężczyzna nie myśli o własnych dzieciach?
– Widzisz więc, jaka ze mnie kandydatka na żonę – dodała gorzko. – Lepiej odejdź.
Wstał bez słowa i wyszedł. A Natalia przepłakała resztę wieczoru, czując, jakby coś ostatecznie się w niej załamało.
Obudził ją krzyk. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Do nosa dotarł zapach spalenizny. Serce podskoczyło jej do gardła – ogień! Wybiegła przed dom w samej koszuli nocnej.
Przed domem rodziców stał w płomieniach samochód. Noc była jeszcze czarna, a języki ognia strzelały wysoko, niemal dotykając gwiazd. Ludzie biegali z wiadrami, ktoś krzyczał, ktoś inny próbował zadzwonić po straż. Już jednak było jasne, że auta nie da się ocalić. Najważniejsze, by ogień nie przeniósł się na budynek.
Wśród sąsiadów krzątał się Daniel. Tylko raz spojrzał na Natalię – i to wystarczyło. Zrozumiała wszystko. Jak bardzo nienawidziła tego samochodu, symbolu upokorzenia i strachu. Teraz znikał w ogniu. Po jej policzkach płynęły łzy, ale nie z rozpaczy – z ulgi.
Usiadła na schodach. Gdy płomienie w końcu przygasły, Daniel przysiadł obok.
– Możemy adoptować – powiedział cicho, obejmując ją w talii.
Na wschodzie niebo zaczynało różowieć. Natalia oparła głowę o jego ramię.
– Przenieśmy się do ciebie. Niech zabierają ten dom. Byle dali mi spokój.
– Oczywiście. Myślisz, że z ojcem budowaliśmy go dla kogoś innego?
Objął ją mocniej, a ona po raz pierwszy od dawna poczuła, że nie jest „wybrakowana”. Była zwyczajna. Wystarczająca. Taka jak inni.
