Nie należał do tych, którzy uważali, że skoro dziewczyna ma jakąś „skazę” w życiorysie, to można sobie pozwolić na wszystko. Natalia Czerwińska widziała, w jaki sposób Daniel Piotrowski na nią patrzy. W jego spojrzeniu nie było braterskiej niewinności, ale też nigdy nie przekraczał granicy.
– Spodobał ci się ten dziwak? – zagadnął któregoś dnia ojciec.
– Niby z jakiego powodu? – odburknęła, natychmiast stając w obronie.
– I dobrze. Bo ja już mam dla ciebie kandydata na męża.
– Nie potrzebuję żadnego kandydata! – zaprotestowała ostro.
– A kto powiedział, że ktoś będzie cię o zdanie pytał?
Sądziła, że to tylko gadanie. Myliła się. Gdy wróciła z pracy, matka czekała przy furtce.
– Chodź prędko, mamy gościa!
– Jakiego znowu gościa?
– Sama zobaczysz.
Okazało się, że przyjechał Łukasz Malinowski z sąsiedniej wsi. Starszy od niej o dekadę, wdowiec, wychowujący dwoje dzieci. Jego żona zaginęła w niejasnych okolicznościach, a po jakimś czasie odnaleziono ją w lesie. Natalii nie podobało się ani to, jak na nią patrzył, ani jego obleśne dowcipy.
– Muszę już wracać – oznajmiła po chwili, podnosząc się z miejsca.
– Odprowadzę cię – zaproponował z przesadną gotowością.
Tak jak się spodziewała, próbował ją objąć i pocałować. Ledwie zdołała się wyrwać.
Nazajutrz Daniel zastąpił jej drogę.
– A więc tak? – rzucił z wyrzutem. – Przy mnie udajesz świętą, a z nim całujesz się bez oporu?
– Skąd ci to przyszło do głowy? – zirytowała się.
– Wpadłem wczoraj do ciebie, chciałem wreszcie wprosić się na herbatę. A tam ty i on.
Widziała, jak drga mu jabłko Adama i jak zaciska dłonie w pięści. Nagle wydało jej się to niemal zabawne.
– Skoro już przyszedłeś, to chodź teraz na tę herbatę.
Przy stole opowiedziała mu wszystko: jak bardzo bała się w tamtym magazynie, jak ojciec namówił ją, by wycofała zgłoszenie w zamian za kawał żelastwa, jak uciekała do sąsiada, byle nie siedzieć w domu.
– A teraz chce mnie wypchnąć do obcych dzieci jako darmową niańkę, żeby jeszcze przejąć mój dom.
Daniel słuchał w skupieniu, nie przerywał jej ani słowem.
