— Nieważne — przerwała w końcu. — Istotne jest tylko to, że wreszcie zrozumiałam, gdzie jest moje miejsce. I na pewno nie znajduje się ono w waszym domu.
Emilia Wesołowska podniosła się z krzesła i podeszła do okna. Na niebie wciąż rozkwitały kolorowe fajerwerki, oślepiające i hałaśliwe.
— A tak w ogóle… szczęśliwego Nowego Roku — dodała chłodno. — Mnie jakoś nie przyszło z twojej strony żadne życzenie.
Rozłączyła się bez wahania, odkładając telefon ekranem do blatu.
Konrad Laskowski pojawił się dopiero rano drugiego stycznia. Wyglądał, jakby noc spędził na dworcu: zmięta kurtka, poszarzała twarz, wzrok uciekający w podłogę.
— Mama trafiła do szpitala. Odwodnienie. Blanka Czarnecka nie chce ze mną rozmawiać. Goście rozjechali się w pośpiechu, nawet się nie pożegnali — wyliczał półgłosem. — To był koszmar, nie święta. Kolacja z… konsekwencjami.
Emilia stała przy oknie z kubkiem kawy, jakby mówił o kimś obcym.
— Przykre — rzuciła bez emocji.
— Uważasz, że to było normalne? — zapytał, podnosząc w końcu wzrok.
— A ty sądzisz, że normalne jest przez dwanaście lat traktować żonę jak służącą? — odpowiedziała spokojnie. — Nie sadzać jej przy stole z własną rodziną? Kazać wydawać ostatnie pieniądze na jedzenie dla ludzi, którzy patrzą na mnie z pogardą?
Nie odpowiedział.
— Wiesz, co boli najbardziej? — ciągnęła. — Wybaczyłabym wszystko, gdybyś choć raz stanął po mojej stronie. Gdybyś powiedział Teresie Brzezińskiej, że jestem twoją żoną, a nie kucharką. Ale ty milczałeś. Przez dwanaście lat.
— Nie zdawałem sobie sprawy, że to aż tak dla ciebie ważne…
— Właśnie. Nigdy się nie zastanawiałeś — przerwała. Podała mu kurtkę zdjętą z wieszaka. — Jedź do matki. Źle się czuje. A ja zastanowię się, czy potrzebuję męża, który widzi we mnie wyłącznie osobę od garnków.
Konrad wziął kurtkę, jakby chciał coś powiedzieć, lecz słowa nie przyszły. Ubrał się i wyszedł bez pożegnania.
Emilia zamknęła drzwi i oparła się o futrynę. Cisza w mieszkaniu była niemal ogłuszająca, ale tym razem nie ciążyła. Przynosiła ulgę, lekkość — jakby zrzuciła z ramion ciężar noszony zbyt długo.
Za oknem panował mróz, jasność i spokój. Nowy rok dopiero się zaczynał. I po raz pierwszy miał należeć wyłącznie do niej.
