— Obywatelu Jankowski — oznajmiła spokojnie Helena Sikora, nie podnosząc głosu — złożono przeciwko panu zawiadomienie o przemocy wobec małżonki. Chodzi o pobicie oraz kierowanie gróźb pozbawienia życia. W świetle przepisów kodeksu karnego to poważne zarzuty. Proszę udać się z nami w celu złożenia wyjaśnień.
— Ale ja… to ona mnie zaatakowała! — wyrwało mu się w panice.
— U pańskiej żony stwierdzono liczne obrażenia ciała, powstałe co najmniej dwie godziny temu. U pana natomiast mamy do czynienia z urazami świeżymi, które — zgodnie z relacjami poszkodowanych — są skutkiem obrony koniecznej. Proszę iść — ucięła chłodno.
Artur Jankowski został wyprowadzony z mieszkania. Odwracał głowę, próbował jeszcze krzyczeć, coś tłumaczyć, lecz drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem, odcinając go od reszty świata.
Z sypialni wyszła Emilia Sokołowska, niosąc na rękach Matyldę Brzezińską. Dziewczynka spała, wtulona w matczyne ramię, spokojna, jakby burza już dawno minęła.
— Mamo… — szepnęła Emilia drżącym głosem. — Co teraz z nami będzie?
— Teraz złożymy pozew o rozwód — odpowiedziała stanowczo Krystyna Jabłońska. — Dopilnujemy alimentów. Helena Sikora jasno powiedziała: przy takich okolicznościach sąd zostawi ci mieszkanie. Będziemy we trzy. Damy sobie radę.
— On zawsze powtarzał, że bez niego nie przetrwamy…
— Emilka — Krystyna objęła córkę mocno. — Czterdzieści lat pomagałam ludziom wychodzić z najgorszych sytuacji. Myślisz, że jeden tyran mnie złamie? Poradzimy sobie. Na pewno.
Emilia rozpłakała się, lecz tym razem były to łzy ulgi, a nie strachu.
Trzy miesiące później, gdy Artur Jankowski usłyszał wyrok roku w zawieszeniu, został skierowany do prac społecznych i objęty zakazem zbliżania się do byłej rodziny, gdy rozwód stał się faktem, a mieszkanie rzeczywiście pozostało przy Emilii, Krystyna Jabłońska siedziała przy kuchennym stole z kubkiem herbaty i uśmiechała się cicho.
Helena Sikora wpadła z wizytą — z czasem bardzo się do siebie zbliżyły.
— Pani Krystyno — rzuciła półżartem prokuratorka — zdaje sobie pani sprawę, że mogła pani odpowiadać za przekroczenie granic obrony?
— Doskonale — skinęła głową Krystyna. — Ale czasem trzeba zaryzykować. W obronie własnych dzieci zawsze.
— I słusznie — Helena uniosła filiżankę. — Za matki, które się nie cofają.
Stuknęły porcelaną. A Krystyna pomyślała, że stara, ciężka żeliwna patelnia po babci, wisząca teraz na ścianie, stała się jej najcenniejszą pamiątką. Symbolem tego, że o swoich trzeba walczyć do końca. Nawet mając sześćdziesiąt dwa lata. Nawet wtedy, gdy wydaje się, że brakuje sił.
Bo miłość matki jest prawdziwą mocą.
