Wybrała numer i przyłożyła telefon do ucha. Artur Jankowski uniósł się nieco z podłogi, wstrzymując oddech i nasłuchując każdego słowa.
— Halo, pani Heleno? Tu Krystyna Jabłońska. Kojarzy mnie pani? Pracowałam na OIOM-ie, gdy po wypadku przywieziono pani syna… Tak, cieszę się, że u niego wszystko w porządku. Właśnie dlatego dzwonię. Mam pilną sprawę. Mąż mojej córki brutalnie ją pobił. Bardzo poważnie. Dziecko było świadkiem. Czy mogłaby pani pomóc? Wiem, że pracuje pani jako prokuratorka śledcza… Dziękuję. Będę czekać.
Rozłączyła się. Artur zbladł, a na jego twarzy pojawił się niepokój.
— Blef — rzucił cicho, jakby próbował sam siebie przekonać.
— Naprawdę tak myślisz? — Krystyna usiadła ciężko w fotelu, nie odkładając patelni. — Helena Sikora to kobieta, która pamięta dobro. Przez trzy miesiące dzień w dzień czuwałam przy jej synu, gdy leżał w śpiączce. Rozmawiałam z nim, przekładałam go, pilnowałam, by nie dostał odleżyn. Lekarze tracili nadzieję, a ja nie. Obudził się. Przeżył. Dziś ma rodzinę, dwoje dzieci. Więc tak, Arturze Jankowski, ona mi pomoże.
— Ja tylko… ja po prostu… — nagle zmienił ton, w głosie pojawił się strach. — Zdenerwowałem się, każdemu się zdarza. Przysięgam, to się już nie powtórzy.
— Za późno.
— Zapłacę! Dam pieniądze, ile zechcesz! Kupię ci samochód!
Krystyna milczała.
— Nie rozumiesz! — wrzasnął histerycznie. — Mam firmę, nazwisko, reputację! Jeśli dostanę zarzuty, wszystko runie! Umowy przepadną, wspólnicy się odwrócą!
— Trzeba było myśleć wcześniej.
— Głupia starucha! Sama złamałaś prawo! Zobacz, jestem cały we krwi, mogę mieć wstrząśnienie mózgu! Zniszczę cię w sądzie!
Krystyna uśmiechnęła się krzywo.
— Oczywiście. Tylko spróbuj wytłumaczyć, jak to możliwe, że sześćdziesięciodwuletnia kobieta skatowała zdrowego mężczyznę patelnią. Ja powiem: broniłam się. Wtargnąłeś do mojego mieszkania, groziłeś mnie i mojej córce. Bałam się o życie. A Matylda Brzezińska potwierdzi, jak tata bił mamę. Trzyletnie dziecko nie kłamie.
Artur ucichł. Siedział na podłodze, ściskając zakrwawioną dłoń przy skroni, a świadomość konsekwencji docierała do niego powoli, jak przez mgłę.
Dwadzieścia minut później pod blok podjechał radiowóz. Razem z dzielnicowym pojawiła się Helena Sikora — wysoka, pewna siebie kobieta po pięćdziesiątce, o chłodnym, przenikliwym spojrzeniu. Artur próbował się tłumaczyć, gestykulował nerwowo, krzyczał o napaści, lecz prokuratorka ucięła jego wywody lodowatym tonem:
