— I to niby nie twoja sprawa? — dokończył z kpiną. — Twojej córce tłumaczę, jak ma się zachowywać. Jest moją żoną. A ty kim tu jesteś? Emerytką żyjącą za grosze. Beze mnie obie zdechłybyście z głodu.
— Artur, proszę… — wyszeptała Emilia, ledwo trzymając głos.
— Milcz. Nie z tobą teraz rozmawiam. — Zrobił krok w stronę Krystyny Jabłońskiej. — No i co mi zrobisz, babciu? Pobiegniesz na policję? — parsknął śmiechem. — Dzielnicowy nawet palcem nie kiwnie. Jedno moje słowo do odpowiednich ludzi i wylatuje z roboty. A poza tym: żona skarży się na męża? Zwykła domowa awantura. Sami niech się dogadają. Więc nie fikać.
Krystyna patrzyła na niego uważnie i czuła narastającą jasność myśli: on był święcie przekonany o swojej nietykalności. Naprawdę wierzył, że sześćdziesięciodwuletnia kobieta nie jest dla niego żadnym zagrożeniem.
— Emilia — odezwała się cicho, nie spuszczając z Artura wzroku. — Weź Matyldę i idź do mojego pokoju. Zamknij się na klucz.
— Mamo…
— Natychmiast.
Zapłakana Emilia podniosła Matyldę Brzezińską i zniknęła za drzwiami. Artur odprowadził je szyderczym spojrzeniem.
— No proszę. Zostałyśmy same. Chcesz mi wykład wygłosić? A może…
Nie dokończył. Krystyna chwyciła z blatu ciężką, żeliwną patelnię — starą, babciną, pamiętającą inne czasy — i z całej siły uderzyła go w głowę.
Runął jak ścięty, osuwając się na kolana. Z rozciętej brwi popłynęła krew.
— Ty… — zacharczał. — Ja ci…
Drugi cios trafił w ramię. Artur zawył i spróbował się podnieść, lecz Krystyna, jakby w amoku, uderzała dalej: w plecy, w ręce, w żebra. Przez czterdzieści lat pracowała jako salowa w szpitalu — dźwigała chorych, obracała nieprzytomnych; siły jej nie brakowało.
— Moja córka! — wyrzucała z siebie przy każdym uderzeniu. — Moja! Moja wnuczka!
W końcu osłonił się rękami i skulił na podłodze, przestając się bronić. Gdy Krystyna stanęła, ciężko oddychając, uniósł głowę. Twarz miał zalaną krwią i siną od uderzeń.
— Podpisałaś na siebie wyrok, stara dziwko — syknął. — Wsadzę cię. Za napaść, za pobicie. Pójdziesz siedzieć.
— Może i by mnie wsadzili — skinęła głową spokojnie. — Ale ja zdążę wcześniej zadzwonić do pewnej osoby.
Sięgnęła po telefon.
