«No i co mi zrobisz, babciu? Pobiegniesz na policję?» — parsknął śmiechem Artur, po czym Krystyna chwyciła patelnię i uderzyła go w głowę

Niewybaczalna złość kontra niespodziewana, wzruszająca odwaga.
Opowieści

Drzwi mieszkania otworzyły się z hukiem tak gwałtownym, że Krystyna Jabłońska podskoczyła ze strachu, a filiżanka herbaty wypadła jej z dłoni. Porcelana rozprysła się po linoleum, lecz nie zwróciła na to najmniejszej uwagi — cała jej uwaga skupiła się na widoku stojącym w progu.

Emilia Sokołowska trzymała przy piersi trzyletnią Matyldę Brzezińską. Jedno oko miała zapuchnięte, górna warga była rozcięta, a na szyi wyraźnie odznaczały się ślady palców. Siniaki były świeże, ciemnofioletowe, niepozostawiające wątpliwości.

— Mamo… — wyszeptała Emilia i zachwiała się na nogach.

Krystyna natychmiast odebrała wnuczkę, posadziła córkę na kanapie i rzuciła się po apteczkę. Dłonie drżały jej tak bardzo, że nie potrafiła odkręcić butelki z wodą utlenioną.

— Kto to zrobił? — wydusiła przez zaciśnięte zęby. — Kto?

Emilia odwróciła twarz do ściany. Matylda zaczęła cicho pociągać nosem.

— Emilka, odpowiedz mi. To był Artur?

Córka skinęła głową, a łzy popłynęły jej po poturbowanej twarzy. W Krystynie zagotowała się krew. Wiedziała. Od początku czuła, że to małżeństwo jest pomyłką. Mówiła o tym, gdy dwudziestodwuletnia Emilia zakochała się w trzydziestopięcioletnim Arturze Jankowskim — „biznesmenie”, jak lubił sam o sobie mówić.

— Mamo, nie dzwoń nigdzie — pospieszyła Emilia, widząc jej spojrzenie utkwione w telefonie. — On przysięgał, że to się nie powtórzy. Ja coś źle powiedziałam, on miał ciężki dzień w pracy i…

— Przestań! — Krystyna nigdy nie krzyczała na córkę, lecz teraz straciła panowanie nad sobą. — Słyszysz, co mówisz? On cię pobił. Przy dziecku!

— Matylda spała…

— Nie spałam! — zaprotestowała dziewczynka nagle. — Tata krzyczał, mama płakała, potem było „łup, łup” i mama upadła!

Krystyna zacisnęła pięści, opatrując rany Emilii, gdy drzwi znów się otworzyły. Tym razem do środka wszedł Artur. Wysoki, barczysty, w drogim garniturze. Przystojny — gdyby nie lodowate, pogardliwe spojrzenie.

— A więc tu jesteś — powiedział spokojnie, patrząc na Emilię. — Zbieraj się, wracamy do domu.

— Nigdzie nie pojedzie — Krystyna stanęła między nim a córką.

Artur uśmiechnął się krzywo. Ten uśmiech bolał bardziej niż obelgi.

— Ty się nie wtrącaj, stara. To nie twoja sprawa.

— Nie moja? — głos Krystyny zadrżał. — Zmasakrowałeś moją córkę na oczach mojej wnuczki i jeszcze masz czelność tu przychodzić.

Kontynuacja artykułu

Blaskot