«Już nie» — powiedziała spokojnie, kładąc dłoń na klamce i patrząc przez ramię

Uchylone drzwi przyniosły upokarzające, niewybaczalne odkrycie.
Opowieści

Mój mąż wyjechał, by zająć się ciężko chorą matką. Minął cały miesiąc — ani telefonu, ani wizyty. W końcu nie wytrzymałam i postanowiłam pojechać tam razem z córką. Chciałam zrobić niespodziankę, lecz gdy podjechaliśmy pod dom, zauważyłam uchylone drzwi. Zatrzymałam się na moment i zupełnie odruchowo zaczęłam nasłuchiwać rozmowy dobiegającej z wnętrza…

Nazywam się Marcelina Sokołowska i pracuję jako pielęgniarka w miejskiej przychodni. To zajęcie nie należy do łatwych: nocne dyżury, ogromna odpowiedzialność i ciągły pośpiech potrafią wyssać z człowieka resztki sił. Zawsze jednak wiedziałam, po co to robię. Gdy po wyczerpującej zmianie ledwo docierałam do mieszkania, w progu czekał na mnie najpiękniejszy widok świata — uśmiech mojej siedmioletniej córki, Liliany Kaczmarek. W jednej chwili zmęczenie traciło znaczenie.

— Mamo, zobacz, co dziś narysowałam w przedszkolu! — wołała radośnie Liliana, niemal natychmiast podając mi kartkę. Na każdym rysunku byliśmy razem: troje ludzi trzymających się za ręce, z szerokimi uśmiechami na twarzach.

— To przepiękne, kochanie. Masz ogromny talent — odpowiadałam, przypinając kolejny obrazek do kuchennej ściany. Od dawna przypominała ona małą galerię naszego rodzinnego szczęścia.

Grzegorz Wysokiński nie pojawiał się w domu od czterech tygodni. Cztery tygodnie ciszy, bez jego głosu i śmiechu. Mój mąż był menedżerem w dużej firmie ubezpieczeniowej. Poznaliśmy się jeszcze na studiach, na pierwszym roku. Wtedy urzekł mnie spokojem, opanowaniem i uczciwością, która dziś wydaje się rzadkością. Zabiegał o mnie z klasą: kwiaty, kawiarnie, długie rozmowy. Po latach związku pobraliśmy się, przekonani, że budujemy trwałe i szczęśliwe małżeństwo. Po narodzinach Liliany staraliśmy się łączyć pracę z domem, a sąsiedzi często wskazywali nas jako wzór.

— Sokołowscy to prawdziwa rodzina — słyszałam nieraz.

I rzeczywiście byliśmy szczęśliwi… a przynajmniej ja tak to widziałam. Odsuwałam od siebie sporadyczne ukłucia niepokoju. Miesiąc temu wszystko się jednak rozsypało. Nagle, jak uderzenie pioruna, spadła na nas wiadomość: mama Grzegorza, Teresa Zając, poważnie zachorowała. Kilka lat wcześniej została wdową i mieszkała samotnie w swoim domu pod Tarnowem, około trzech godzin drogi od nas. Była kobietą surową i dominującą, o trudnym usposobieniu, lecz dla Grzegorza zawsze starałam się utrzymywać poprawne relacje.

Tego dnia podszedł do mnie z twarzą napiętą i poważną.

— Marcelina, mama jest w złym stanie. Wymaga stałej opieki. Muszę do niej pojechać i zostać tam na jakiś czas.

Zaskoczył mnie.

— Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? — zapytałam spokojnie. — Mogliśmy jechać razem, zatrudnić opiekunkę, wziąć urlop…

Spuścił wzrok, jakby nagle zainteresował się wzorem dywanu.

— Nie trzeba. To tylko na krótko. Mama nie chce teraz obcych ludzi. Sam sobie poradzę.

W jego głosie było coś niepokojącego — chłód, którego wcześniej nie znałam. Mimo to uznałam, że to stres i strach o matkę. Przytuliłam go, pocałowałam i obiecałam codzienne telefony.

Przez pierwsze dni dzwonił regularnie. Mówił zdawkowo, zapewniał, że Teresa Zając jest osłabiona, ma wahania ciśnienia, ale sytuacja jest opanowana. Później rozmowy stawały się coraz rzadsze, a wiadomości krótkie i bezbarwne. Zdarzało się, że milczał całymi dniami, tłumacząc to zmęczeniem albo kiepskim zasięgiem.

Minął tydzień. Potem kolejny. I następny.

Starałam się zachować rozsądek, lecz w środku narastał cichy lęk. Liliana coraz częściej pytała, kiedy tata wróci. Uśmiechałam się wtedy, gładziłam ją po włosach i uspokajałam, że wkrótce znowu będziemy wszyscy razem.

Kontynuacja artykułu

Blaskot