Ukradli mi nie tylko urlop. Zabrali całe moje dotychczasowe życie.
„Na odpoczynek nie zasłużyłaś, siedź w domu”.
„Jesteś egoistką”.
„Nie ma pieniędzy”.
Słowa Artura Góreckiego odbijały mi się w głowie jak krzywe echo, zamieniając się w szyderczy śmiech. Kłamał bez mrugnięcia okiem, patrząc mi prosto w twarz, a jednocześnie zapewne już wyobrażał sobie, jak wciera balsam w plecy Darii Wesołowskiej.
Zaczęłam się trząść. Najpierw delikatnie, jak przy dreszczach, potem coraz mocniej, aż do spazmów. Filiżanka dzwoniła o moje zęby.
Nie zdążyłam — pobiegłam do łazienki i zwymiotowałam.
Oblałam twarz lodowatą wodą i spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie obca kobieta: ziemista skóra, przekrwione oczy, drobne zmarszczki przy ustach. „Ciotka” — tak by mnie nazwali.
A tam — Daria. Młoda, jędrna, beztroska.
Oczywiste. Po co mu ja? Z moimi problemami, kredytem hipotecznym, działką mojej mamy. Z Darią jest zabawa. Z Darią jest święto.
A rachunek za to święto płaci Kornelia Brzezińska.
Wróciłam do komputera. Ręce nadal mi drżały, ale umysł nagle stał się lodowato trzeźwy. Przerażająco spokojny.
Zrobiłam zrzut ekranu. Potem kolejny. Zapisałam zdjęcia.
Nagrałam wideo z ekranu, przewijając profil Darii. Było tam więcej relacji: szampan w klasie biznes, pokój hotelowy z łabędziami z ręczników, Artur niosący ją na rękach do oceanu.
Potem zalogowałam się do banku.
Sprawdziłam konta.
Kredyt na samochód — Toyotę Land Cruiser, jego dumę — był formalnie na mnie. Do spłaty pozostało 800 tysięcy złotych. Raty wpłacał on, przelewając mi pieniądze, ale to ja byłam głównym kredytobiorcą.
Hipoteka — wspólna. On jako główny, ja jako współkredytobiorca.
Karta, na którą przelałam dwieście tysięcy… saldo: zero. Całość poszła na opłacenie biura podróży TezTour.
Siedziałam w ciemnej kuchni i wyłam. Cicho, wciśnięta w ręcznik, żeby nie obudzić sąsiadów.
Coś we mnie umarło. Ta naiwna, dobra Kornelia, która wierzyła w rodzinę i miłość, przestała istnieć.
Narodziła się inna. Zła. Bezwzględna. Kalkulująca.
Rano obudziłam się już jako ktoś nowy.
Łzy wyschły. Została tylko zimna, czarna nienawiść. I pragnienie zniszczenia. Starcia na miazgę.
Oni tam, w swoim raju, popijają koktajle za moje pieniądze. Śmieją się ze mnie. Frajerka.
No to proszę bardzo.
Zafunduję wam rajskie wakacje. Taką „Łódź”, że zmarzniecie nawet na równiku.
Artur zapomniał o jednym drobiazgu. Małym, ale kluczowym.
Generalne pełnomocnictwo do samochodu.
Rok wcześniej wystawił je na mnie, gdy wyjeżdżał na długą delegację na północ. „Żebyś mogła przedłużyć ubezpieczenie, zrobić przegląd, albo w razie czego sprzedać, gdyby nagle potrzebne były pieniądze”. Ważne trzy lata. Z prawem sprzedaży.
Samochód był jego fetyszem. Toyota Land Cruiser 200. Czarny czołg. Dbał o nią bardziej niż o mnie.
Ubrałam się starannie. Garnitur, szpilki, czerwona szminka — szkoła Darii, na złość wrogom.
Zebrałam wszystkie dokumenty: kartę pojazdu, dowód rejestracyjny, pełnomocnictwo, zapasowe kluczyki (zawsze były u mnie).
Pojechałam do salonu trade‑in, gdzie pracował mój były kolega ze studiów, Paweł Rutkowski.
— Paweł, cześć. Muszę pilnie sprzedać Land Cruisera.
Wyszedł, zaciągając się e‑papierosem. Zobaczył auto i zagwizdał.
— Kornelia! Sprzęt pierwsza klasa. Co się stało? Artur wie? Przecież on ją czcił.
— Artur… — zrobiłam teatralną pauzę. — Artur nagle poleciał na Malediwy. Pilnie potrzebuje gotówki. Tam… kłopoty. Dług karciany.
Paweł uniósł brwi.
— Niezła historia. Dobra, zrobimy szybko. Masz pełnomocnictwo?
— Mam. Generalne.
— Cena będzie niższa niż rynkowa, bo na już. Salon też musi zarobić.
— Bez znaczenia. Byle dziś. Gotówka.
— Cztery miliony złotych. (Rynkowo było około pięciu i pół).
— Biorę.
Dwie godziny później wyszłam z salonu z ciężką torbą. Cztery miliony złotych w gotówce.
Czułam ich ciężar. To była waga odwetu.
Pojechałam do banku. Spłaciłam kredyt samochodowy — 800 tysięcy. Odebrałam zaświadczenie o zamknięciu zobowiązania.
Pozostałe trzy miliony dwieście tysięcy wpłaciłam na swoje osobiste konto, otwarte jeszcze na panieńskie nazwisko Brzezińska, do którego Artur nie miał żadnego dostępu.
Potem wróciłam do mieszkania.
Zamówiłam taksówkę dostawczą.
Spakowałam rzeczy Artura. Wszystkie. Łącznie z bielizną.
Jego drogie garnitury. Kolekcję wędek, wartą fortunę. Konsolę. Laptop. Ulubiony kubek.
Wszystko powędrowało do kartonów.
Kurier zapytał:
— Dokąd jedziemy?
— Województwo mazowieckie, miejscowość Głazy, ulica Leśna 7. Do Janiny Długosz.
Niech mamusia przywita synka. Przecież marzył o „powietrzu i naturze”.
Potem wezwałam ślusarza.
— Trzeba natychmiast wymienić zamki. Proszę założyć Guardian, najdroższy. I alarm.
— Było włamanie? — zapytał współczująco.
— Próbowali. Pojawiły się szczury.
Ale to wciąż nie był koniec. Została wisienka na torcie.
Znałam hasło do jego skrzynki mailowej. Było banalne, oparte na dacie moich urodzin, i właśnie dlatego byłam pewna, że następny krok wykonam bez najmniejszego problemu.
